Moje ulubione płyty elektroniczne #4
Kolejna świetna płyta z muzyką elektroniczną - to było bardzo duże zaskoczenie w 2002 roku. Artysta ten (nie mylić go z blond-gogusiem znanym z Vivy) do tej pory nie nagrywał dużych płyt, lecz jedynie single zazwyczaj zawierające bardzo długie, ponad 10 minutowe utwory, stricte zawierające się w gatunku "progressive house". Przez lata zasłynął jako twórca klubowych hitów i wielu popularnych remiksów. Kiedy więc postanowił wydać swój debiutancki album, wszyscy oczekiwali tego typu produkcji. A tu niespodzianka...
4. Sasha - Airdrawndagger
W wywiadach udzielanych po wydaniu płyty, Sasha powiedział, że tym wydawnictwem chciał wyrazić swój podziw dla twórców typu Leftfield czy Moby. I rzeczywiście - powstała płyta bardzo różnorodna, w sumie dość łagodna, pełna rozlanych brzmień, idealnie pasujących do ambientu czy chill-outu. Równocześnie płyta jest dość mroczna na początku (Mr. Tiddles, Magnetic North) i łagodnieje w miarę zbliżania się do końca (Requiem, Golden Arm, Wavy Gravy). Natomiast pośrodku albumu słychać dalekie echa wcześniejszej (i jak się okazało także późniejszej) działalności Sashy (Boileroom, Fundamental, Immortal) - lekko progresywne, lekko house'owe. Całości słucha się bardzo przyjemnie, podobają mi się szczególnie 3 utwory: Cloud Cuckoo - długi, łagodny kawałek z wsamplowanymi fragmentami utworu Requiem z repertuaru King Crimson, Bloodlock - mroczny, ze świetną linią basu i wyrazistym beatem oraz Requiem - ambientowy utwór pełen plam dźwiękowych, bardzo "baśniowy". Najlepsza płyta 2002 roku jaką słyszałem. No i ma świetny tytuł.
4. Sasha - Airdrawndagger
W wywiadach udzielanych po wydaniu płyty, Sasha powiedział, że tym wydawnictwem chciał wyrazić swój podziw dla twórców typu Leftfield czy Moby. I rzeczywiście - powstała płyta bardzo różnorodna, w sumie dość łagodna, pełna rozlanych brzmień, idealnie pasujących do ambientu czy chill-outu. Równocześnie płyta jest dość mroczna na początku (Mr. Tiddles, Magnetic North) i łagodnieje w miarę zbliżania się do końca (Requiem, Golden Arm, Wavy Gravy). Natomiast pośrodku albumu słychać dalekie echa wcześniejszej (i jak się okazało także późniejszej) działalności Sashy (Boileroom, Fundamental, Immortal) - lekko progresywne, lekko house'owe. Całości słucha się bardzo przyjemnie, podobają mi się szczególnie 3 utwory: Cloud Cuckoo - długi, łagodny kawałek z wsamplowanymi fragmentami utworu Requiem z repertuaru King Crimson, Bloodlock - mroczny, ze świetną linią basu i wyrazistym beatem oraz Requiem - ambientowy utwór pełen plam dźwiękowych, bardzo "baśniowy". Najlepsza płyta 2002 roku jaką słyszałem. No i ma świetny tytuł.
