Mikro wkładka: Prince
Prince to pierwszy wykonawca, którego słuchałem "świadomie" - szukałem płyt, oczekiwałem premier, z niecierpliwością słuchałem wiadomości o kolejnych singlach... Artysta bardzo niedoceniany – świetny kompozytor, doskonały instrumentalista, wspaniały aranżer. Moim zdaniem wywarł OGROMNY wpływ na cały świat muzyczny (to całe r'n'b, którego się teraz słucha to zwykłe zżynki z pomysłów Księcia). Ciekawych krótkiej historii odsyłam do Wikipedii, a poniżej przedstawiam swoje własne przemyślenia na temat każdej (dostępnej w zwykłych sklepach) płyty Prince'a:
1978 - For You (Warner) 3/5
Debiutancki album Prince’a - to informacja dla tych, którzy wciąż myślą, że to Purple Rain był jego debiutem. Debiut bardzo udany. Płyta jest dość urozmaicona, choć jeszcze mało Prince’owa - dominują zwykłe piosenki soulowe i popowe, choć czasami młodzian pokazuje ostrzejszy pazur (ostra gitara w I’m Yours). Mamy też pierwszy tzw. "one man jam", czyli utwór początkowo tradycyjny zwrotka-refren-zwrotka-refren, ale potem rozwijający się w improwizację klawiszową (Just as Long as We’re Together). Jest też sporo ballad, ładnych, ale nie wybijających się (brak jeszcze długich, pełnych uniesienia "pościelówek", których sporo znajdzie się na późniejszych płytach). W sumie przyjemna płytka.
1979 - Prince (Warner) 2/5
Drugi album zawiera pierwszy przebój (nr 1 na liście Billboard) Prince’a: I Wanna Be Your Lover, także rozwijający się w ciekawą improwizację, głównie syntezatorową. Reszta utworów jest niestety dość przeciętna. Wybijają się tylko: riffowy Why You Wanna Treat Me So Bad? , taneczny Sexy Dancer, jakby zapowiedź późniejszych, opartych głównie na rytmie piosenek, ostry, gitarowy Bambi i wesoły I Feel For You (spopularyzowany przez Chakę Khan). Reszta jest taka sobie, lub nawet nijaka (When We’re Dancing Close and Slow).
1980 - Dirty Mind (Warner) 3/5
Prince założył zespół!! To pierwsza płyta nagrana z The Revolution, choć nazwa zespołu nie jest wymieniona na okładce. Tym razem album jest sporym krokiem naprzód: więcej rytmu, automatycznej perkusji, dużo "elektro" (Dirty Mind, Head, Uptown). Jest tylko jedna ballada i to niewiele ponad 2-minutowa!! (Gotta Broken Heart Again). Z tej płyty pochodzi także jeden z ulubionych utworów Prince’a - When You Were Mine. Absolutnie genialnym kawałkiem jest Head, ze wspaniałą solówką na syntezatorze - do dziś chętnie grany przez DJ-ów. Wybija się także świetny utwór tytułowy - transowy, skandowany, z monotonną linią basu. Sam album jest strasznie krótki (30 minut) i brzmi dziwnie - tak jakoś trochę garażowo. Ale w sumie warto go posłuchać.
1981 - Controversy (Warner) 3/5
To jakby rozszerzenie wcześniejszej płyty, zwłaszcza utwór tytułowy brzmi bardzo podobnie do... utworu tytułowego z Dirty Mind. Jest on jednakże dużo dłuższy i brzmi jakby był specjalnie wydłużony do celów tanecznych (słynne "extended version" znane z wielu singli z lat 80.). Mamy tu w końcu pierwszą prawdziwą pościelówę Prince’a - Do Me, Baby, śpiewaną falsetem, z osiągającym orgazm wokalistą. Co ciekawe znowu jest to jedyna ballada na płycie. Dalsze utwory są bardzo urozmaicone - piosenkowy Privatejoy, kończący się ostrą solówką na gitarze, przechodzący w króciutki Ronnie, Talk to Russia. Następnie mamy ciekawą brzmieniowo piosenkę Annie Christian, a na koniec taneczny Let’s Work i szybki, wesolutki Jack U Off. W sumie niezły album.
1982 - 1999 (Warner) 4/5
Pierwszy doskonały album Prince’a. Oryginalnie wydany na dwóch winylach, trwa 70 minut i zawiera bardzo długie utwory. Zaczyna się od kolejnego przeboju, utworu 1999, potem mamy pierwszą balladę Little Red Corvette (w sumie taką sobie). Następnie najkrótszy na płycie, szybki Delirious, a po nim zaczyna się prawdziwa jazda: utwory wydłużają się, większość jest pełna improwizacji, solówek, czasami pełna tekstu, czasami monotonnie transowa. Wspaniały Automatic, z genialną końcówką, ciekawy Let’s Pretend We’re Married, z dość nietypową perkusją automatyczną, świetny Lady Cab Driver, z obscenicznymi odgłosami, transowy All the Critics Love U in New York, taneczny D.S.M.R. i krótki, ale intensywny Something in the Water, ze świetnymi brzmieniami syntezatorów i wrzeszczącym Prince’m. A na koniec dwie balladki - "pościelówa" International Lover i, zdecydowanie najsłabsza na płycie, anty-wojenna Free. Ogólnie - miodzio.
1984 - Purple Rain (Warner) 5/5 To już absolutna klasyka - na pewno nie ma nikogo, kto by nie znał tytułowego utworu - tutaj w pełnej, bardzo długiej wersji. Utworu, który spokojnie może konkurować z największymi balladami rockowymi takimi jak Stairway to Heaven czy Child in Time... Ale to nie jedyna perełka - tu prawie każdy utwór taki jest: wielki przebój When Doves Cry (co ciekawe, kawałek całkowicie pozbawiony basu), szybki Computer Blue, wykrzyczany Darling Nikki (z podwójną stopą perkusji - rzecz chyba rzadko spotykana w utworach popowych), pełen krzykliwych syntezatorów The Beautiful Ones, gitarowy Let’s Go Crazy, dynamiczny I Would Die 4 U, z chwytliwym refrenem, świetny Baby, I’m a Star, a nawet najsłabszy na płycie Take Me with U. Idealna płyta dla każdego.
1985 - Around the World in a Day (Warner) 3/5
Po wielkim przeboju, jakim była płyta Purple Rain, wszyscy się spodziewali, że Prince nagra kolejny album w takim stylu. To tylko zmotywowało Prince’a do nagrania płyty... w całkiem innym klimacie. Jest tu więcej minimalistycznych brzmień - automat perkusyjny, klawisze i wokal - to główne cechy kawałków Around the World in a Day, Paisley Park i Temptation (w tym ostatnim mamy jeszcze świetną gitarę, oraz lekko nudnawą, spokojną końcówkę). Niestety ogólnie płyta jest słabsza, zwłaszcza przez nudną balladkę Condition of the Heart i krótki Tambourine. Fajne są za to singlowe kawałki: Raspberry Beret, wielki przebój o podrywaniu panienek, America, ze świetnym riffem gitarowym oraz Pop Life, spokojny popowy utwór. Niezła też jest ballada The Ladder, choć trochę przypominająca klimatem utwór Purple Rain.
1986 - Parade (Warner) 2/5
To niestety bardzo słaba płyta. Owszem, jest parę ciekawych brzmień, zwłaszcza w trzech pierwszych utworach, owszem, utwór Kiss jest super, ale ogólnie to cienizna. Kawałki są mało interesujące (nijakie Mountains i Anotherloverholenyohead), albo nudne (Under the Cherry Moon), albo kiczowate (Do U Lie? ). Na szczęście jest tu absolutna perełka - kończąca płytę, siedmiominutowa ballada Sometimes It Snows in April, zagrana na gitarę, fortepian i dwugłos męski-żeński. Cudowna, wspaniała - takiej ballady jeszcze Prince nie nagrał. Zdecydowanie najlepszy utwór na płycie.
1987 - Sign’O’The Times (Warner) 4/5
Płyta Sign’O’The Times jest przez wielu uznawana za najlepszy album Prince’a. Faktycznie znajduje się tu wiele znakomitych utworów (album składa się z dwóch płyt, także kompaktowych), ale znajdą się także te dużo słabsze (nudny Housequake, taka sobie balladka Slow Love, nieciekawy Forever in My Life czy zwyczajnie przeciętny Strange Relationship). Na szczególne wyróżnienie zasługują: tytułowy Sign’O’The Times - absolutnie genialny utwór, który pomimo swojej pozornej monotonni jest niesamowicie wciągający i urozmaicony (świetny jest również teledysk); I Could Never Take the Place of Your Man - początkowo zwykła piosenka, w końcowej części przerobiona na wspaniały jazzowy duet gitarowy; It - również monotonny i transowy, ze świetnymi brzmieniami; Starfish and Coffee - cudowna, króciutka balladka z nietypowymi efektami dźwiękowymi; The Cross - bardzo rockowy "hymn"; It’s Gonna Be Beautiful Night - utwór koncertowy, dość interesujący, mocno funkowy; Adore - "pościelówa", ale z fajnymi wokalami i sekcją dętą. Reszta utworów jest dość ciekawa, ale nie wybija się ponad przeciętność (typowy kawałek popowy U Got the Look, wesolutki Play in the Sunshine czy okraszony fajnym solem saksofonu Hot Thing). Ogólnie - niezła płyta, ale trochę za długa.
1988 - Lovesexy (Warner) 5/5
Lovesexy to zdecydowanie najlepsza płyta Prince’a. Znajdziemy tu mnóstwo ciekawych dźwięków i nietypowych zagrań. Muzyka jest niesamowicie "gęsta" - dużo instrumentów, zmian nastroju, solówek, ale ani przez chwilę nie ma się wrażenia chaosu. Płyta bardzo spójna, każdy utwór przechodzi logicznie w kolejny. Zaczyna się od krótkiego wstępu do utworu Eye No, funkowego, zaśpiewanego w wielogłosie damsko-męskim, który płynnie przechodzi w Alphabet St. - jeden z najbardziej nietypowych singli Prince’a, trwający właściwie tylko 2 i pół minuty, a później rozwijający się w charakterystyczny jam. Następnie jest Glam Slam obarczony nośnym refrenem i syntezatorową końcówką. Anna Stesia to fajna ballada z ciekawymi chórkami, krótki Dance On z baaardzo połamanym rytmem (wbrew tytułowi trudno byłoby to zatańczyć). Po nim następuje utwór tytułowy z genialną gitarą, zmianami nastroju, dużą ilością "gadania", który kończy się gwałtownie, rozpoczynając najsłabszy chyba utwór na płycie When 2 R in Love - ckliwą balladkę. Końcówka jest doskonała - najpierw krótki, piosenkowy I Wish U Heaven, a po nim monumentalny Positivity - długi, powolny, kończący się tym samym brzmieniem syntezatorów, co na początku płyty. Absolutnie świetna płyta. Najlepsza.
1989 - Batman (Warner) 4/5
Teoretycznie to muzyka do bardzo znanego filmu, ale właściwie w filmie jest tylko kilka utworów. Płyta jest zaskakująco dobra, jedna z najlepszych w dorobku Księcia (pod warunkiem, iż udamy, że nie ma tu beznadziejnej "pościelówy" Scandalous). Brzmi nowocześnie, utwory są ciekawe, dynamiczne (Trust, Electric Chair, Lemon Crush, The Future, Batdance), ciekawie zaaranżowane. Znajdziemy tu miłą piosenkę The Arms of Orion, singlowy, dość chaotyczny Partyman i absolutnie genialny Batdance, z fantastycznym solem na gitarze, mnóstwem sampli, zmianą rytmu. Bardzo polecam!!
1990 - Graffiti Bridge (Warner) 2/5
Początek jazdy w dół. To pierwszy album kompaktowy - czyli trwający dłużej niż płyta winylowa, bo ok 65 minut. Niestety dużo utworów nie jest wykonywanych przez Prince’a - to ścieżka dźwiękowa do jego filmu o tym samym tytule, kontynuującego wątki z Purple Rain. Dlatego też płyta jest szalenie nierówna - czasami genialna (ballady The Question of U i Joy in Repetition, singiel Thieves in the Temple, czy okraszony fantastyczną perkusją Release It), czasami niezła (Can’t Stop This Feeling I Got, We Can Funk, Elephants & Flowers, Tick, Tick, Bang!), czasami beznadziejna (Shake!, Melody Cool, The Latest Fashion, Round and Round, Love Machine, Still Would Stand All Time, tytułowy). Niestety ogólnie to kiepski album, może gdyby go tak skrócić trochę...
1991 - Diamonds and Pearls (Warner) 3/5
Tu jest lepiej. Płyta niestety znowu zawiera beznadziejne "wypełniacze" (Daddy Pop, Jughead, ckliwa Insatiable, bardzo przypominająca Scandalous z płyty Batman), single z reguły są dość przeciętne (Cream, tytułowy, Strollin’, Walk Don’t Walk), ale jest też parę jasnych punktów: singiel Gett Off, z mocnym beatem i solem na flecie; długi, dynamiczny Live 4 Love, ze świetną solówką gitarową pod koniec; Willing and Able z chórem gospel; Push, prawie hip-hopowy utwór (na tej płycie pojawia się zresztą po raz pierwszy dużo partii rapowanych); klasyczna ballada Money Don’t Matter 2 Night; rozpoczynający płytę Thunder, typowy jamowy kawałek. Znów trochę za długa ta płyta...
1992 - lovesymbol (Warner) 3/5
Ta jest niestety jeszcze dłuższa i momentami (zwłaszcza w środkowej części) bardzo nudna. Zaczyna się świetnie - tradycyjnie od opartego na automatycznej perkusji utworu czyli My Name is Prince. Potem mamy Sexy M.F. , jeden z najwspanialszych utworów stworzonych kiedykolwiek przez Prince’a, zagranego na tzw. "setkę", zawierającego same genialne elementy (oprócz tekstu): solówka na gitarze, świetny saksofon i cudowny groove. Potem następuje równie dobry Love 2 the 9’s, ze spokojnym, jazzującym początkiem, skreczami i rapem. Niestety dalej jest już gorzej: przeciętna balladka The Morning Papers, nudne p-funkowe kawałki The Max, I Wanna Melt with U i The Continental, "pościelówa" Damn U, nawet przez chwilę nie dorównująca Adore, pseudo-rockowy 3 Chains O’ Gold, czy singlowy przebój 7, z nieciekawym tekstem. Na wyróżnienie zasługują jedynie: ballady Sweet Baby i And God Created Woman, naprawdę fajne i ładne oraz kończący płytę The Sacrifice of Victor, przywodzący trochę na myśl utwór Positivity z płyty Lovesexy.
1993 - The Hits 1 & 2 (Warner) 3/5
Po 15 latach działalności Prince w końcu zdecydował się na wydanie składanki największych hitów (zapewne pogłębiający się konflikt z wytwórnią Warner Bros o tym zdecydował). Mamy tu wszystko co znane i charakterystyczne dla Księcia. Znajdziemy także 4 nowe utwory: singlowy Peach, ze świetną gitarą, szybki Pope, lekko technowaty, Prince’owa wersja Nothing Compares 2 U (spopularyzowany przez Sinead O’Connor), całkowicie przearanżowana oraz Pink Cashmere, fajny, spokojny utwór. Dla fanów mało tu ciekawych rzeczy, dla początkujących - bardzo dobre przedstawienie działalności Prince’a.
1994 - Come (Warner) 3/5
Ostatnia płyta w XX wieku sygnowana jako Prince (na okładce jest nawet dopisek "Prince 1958 - 1994"). Płyta bardzo spójna stylistycznie, ale ogólnie taka sobie. Okropne są zwłaszcza ballady Dark i Solo, oraz kończący płytę wygłup Orgasm, gdzie jakaś panienka szczytuje na tle jęczącej gitary. Ale są też fajne fragmenty: Papa, krótki, świetny kawałek, z ciekawą linią basu; Letitgo, fajnie rozwijający się pod koniec, z nośnym refrenem; tytułowy Come z genialnymi solówkami dęciaków (kawałek trwa 11 minut); wesoły Space, z fajnymi klawiszami. Ciekawy jest też kolejny technowaty utwór Loose! - z ostrą gitary i bardzo szybkim tempem. Reszta (Pheromone, Race) taka sobie. Brzmienie fantastyczne - jakbyśmy byli w jakimś małym klubie...
1994 - The Black Album (Warner) 2/5
Oto album legenda - pierwotnie miał zostać wydany w 1988 roku. Jednakże przed wydaniem album pojawił się na rynku jako bootleg. Wkurzyło to Prince’a i postanowił wydać całkiem inny album (i tak dostaliśmy Lovesexy - przy okazji ciekawe, czy Lovesexy składa się z utworów odrzuconych i schowanych do szafy, bo jeżeli tak, to prosimy o więcej takich odrzutów). Jedynie utwór When 2 R in Love w niezmienionej wersji pojawił się na Lovesexy. W sumie dobrze, że się tak stało - Black Album jest dość kiepski. Większość utworów jest taka sobie, mocno oparta na automatycznej perkusji, czasami nawet zahaczająca o elektro (Dead on It). Mamy kiepściutkie utwory p-funkowe (Cindy C., Le Grind, Superfunkycalifragisexy), jeden utwór instrumentalny z solówkami (2 Nigs United 4 West Compton), całkiem fajny, z niezłą solówką na basie, taki sobie kawałek popowy Rockhard in a Funky Place, oraz najciekawszy na płycie utwór będący "opowieścią na tle muzyki", czyli Bob George (świetna gitara i przetworzony wokal Prince’a). Całość jest raczej nudnawa i może zainteresować tylko zatwardziałych fanów.
1995 - The Gold Experience (Warner) 1/5
To zdecydowanie najgorszy album Prince’a (a dokładniej od tej płyty symbola). Właściwie ciężko tu znaleźć jakieś jaśniejsze momenty. Na pewno można do nich zaliczyć balladę Shhh, będącą idealnym przykładem na "pościelówę", długa, intensywne granie perkusji, solówka na gitarze, natchniony refren... Dobry jest także utwór Gold, z fajną końcówką, która jakby nie chciała się kończyć. Plusem jest także Shy, oparty na krokach kobiecych, akustyczny, przypominający lekko Willing and Able z płyty Diamonds and Pearls. Niestety reszta jest zdecydowanie poniżej poziomu: kiczowaty I Hate U, równie kiczowaty przebój The Most Beautiful Girl in the World, beznadziejne, choć dynamiczne We March, P Control (z debilnymi wrzaskami jakiegoś gościa), Now, 319 i całkowicie okropny Billy Jack Bitch - bezsensowny i nie wnoszący nic nowego. Da się jeszcze wytrzymać patetyczną balladę Dolphin, ale całkiem dobijają przerywniki między utworami, w których jakaś baba gada czasami udając komputer, czasami mówiąc coś po hiszpańsku. Gniot, ewidentny.
1996 - Chaos and Disorder (Warner) 3/5
W ramach czyszczenia zobowiązań kontraktowych Prince wydał tę płytę, zawierającą (podobno) same odrzuty, niegodne wydania na płytach. Panie Prince: więcej takich odrzutów!! Płyta jest bardzo fajna, może bez rewelacji, ale słucha jej się świetnie. Brzmienie jest doskonałe, słychać luzackie granie (zwłaszcza na gitarze), kompozycje są bardzo sympatyczne. Jedynie końcówka się nie udała - Dig U Better Dead to raczej nudny p-funk, a Had U to jakieś dziwne coś, kończące się gwałtownie. Świetna za to jest ballada skłądająca się z dwóch części Into the Light/I Will, a także króciutka balladka Dinner with Delores. Wybija się także p-funkowy I Rock Therefore I Am, ponieważ reszta utworów jest zdecydowanie rockowa, momentami bardzo dobra (Right the Wrong, Chaos and Disorder), momentami niezła (Zannalee). Ogólnie - bardzo miła płyta.
1996 - Emancipation (EMI) 3/5
Prince uwolnił się od kontraktu z Warner Bros i ze szczęścia sprawił nam 3-płytowy boks, zawierający równo 3 godziny muzyki. Ponieważ każda płyta zawiera 12 utworów i trwa równo 60 minut, dlatego dużo utworów brzmi, jakby zostało specjalnie wydłużonych, aby dociągnąć krążek do określonego czasu (np. Joint 2 Joint, Style). Utworów sporo, klimatów również. Każda płyta jest w trochę innym klimacie: pierwsza jest mieszanką i szybkich, i wolniejszych utworów, ballad, rockowych kawałków (taka sobie); druga zawiera w większości ballady i pościelówy (baaardzo nudna); trzecia jest najbardziej dynamiczna (i najciekawsza). Na wyróżnienie zasługują utwory: Friend, Lover, Sister, Mother, Wife – genialna pościelówa; The Love We Make – naprawdę chwytająca za serce, podniosła ballada; Da, Da, Da – prawie hip-hop, z raperami i fajną zaśpiewką w refrenie; My Computer – pochwała Internetu (serio), z gościnnym (prawie niesłyszalnym) udziałem Kate Bush; Betcha By Golly Wow! - w sumie miła balladka - to nie utwór autorstwa Prince'a (na tej płycie po raz pierwszy pojawiają się utwory z repertuaru innych wykonawców, m.in. La La La Means I Love You i One of Us); The Human Body – technowaty beat i ciekawe klawisze. W sumie każdy znajdzie tu dla siebie coś ciekawego, ale Prince mógł spokojnie sobie darować taką ilość materiału.
1999 - The Vault...Old Friends 4 Sale (Warner) 4/5
Jeszcze jedna płyta odkurzająca zakamarki zasobów Warner Bros. Równie fantastyczna jak poprzednia – lecz tym razem bardzo jazzowa. Genialne są kawałki She Spoke 2 Me – ze świetnymi partiami solowymi instrumentów i ballada When the Lights Go Down, z długą solówką na fortepianie na początku. Wyróżnić należy także otwierające płytę utwory The Rest of My Life – krótki, ale bardzo intensywny oraz It's About that Walk – wesoły kawałek z ciekawymi samplami. Niezła jest także ckliwa ballada Old Friends 4 Sale i rockowa Sarah. Ostatnia ballada Extraordinary dość często była grana przez Prince'a na koncertach. Pomyłką jest za to krótki utwór My Little Pill – takie coś zagrane "na odwal się". 5 Women stworzone zostało dla Joe Cockera, a There is Lonely mogłoby nie być. Całość jest krótka, ale bardzo dobra.
1999 - Rave Un2 the Joy Fantastic (Virgin) 3/5
Wielu krytyków pisało, że Prince wreszcie wrócił do formy. Moim zdaniem jeszcze nie, ale jest parę przebłysków. Utwór tytułowy przywodzi na myśl kawałek Around the World in a Day, świetna ballada The Greatest Romance Ever Sold brzmi doskonale, niezły jest też spokojny The Sun, The Moon and Stars. Broni się także mocny Everyday is Winding Road z repertuaru Sheryl Crow (śpiewa ona w Baby Knows). Dobrze wypada też Strange but True – p-funkowy, z tekstem będącym rozliczeniem Prince'a z wytwórnią Warner Bros. Niestety reszta jest taka sobie: nudne Undisputed, Hot wit U czy Pretty Man, czy wyjątkowo ckliwe i beznadziejne ballady Man'O'War, Silly Game i I Love U but I Don't Trust U Anymore. Ogólnie – ujdzie w tłumie.
2001 - The Very Best of Prince (Warner) 3/5
Kolejna składanka hitów – krótsza (tylko jedna płyta), ale zawierająca to co najważniejsze. Ale całkiem niepotrzebna (co gorsza, słyszałem, że Warner planuje w marcu 2006 wydać kolejny podwójny album z hitami).
2004 - Musicology (Columbia) 3/5
To już prawdziwy powrót Prince'a (ponownie występuje pod własnym imieniem) – oprócz słabszych p-funkowych Illusion, Coma, Pimp & Circumstance i Life'o'the Party reszta jest conajmniej dobra. Świetny utwór tytułowy – pierwszy od lat "nieprzewidywalny" utwór Prince'a – nietypowy rytm, ciekawa solówka na syntezatorach. What Do U Want Me 2 Do oparty na brzmieniach znanych z Purple Rain. Spokojny Dear Mr. Man, dynamiczny, z wystukanym rytmem If I Was the Man in Ur Life, dobre ballady A Million Days i On the Couch i troszkę słabsze, ale też niezłe piosenki Cinnamon Girl i Reflection. Naprawdę dobry album.
2006 - 3121 (Columbia)
Jak wyjdzie 21 marca to opiszę. Opisana tutaj.
1978 - For You (Warner) 3/5
Debiutancki album Prince’a - to informacja dla tych, którzy wciąż myślą, że to Purple Rain był jego debiutem. Debiut bardzo udany. Płyta jest dość urozmaicona, choć jeszcze mało Prince’owa - dominują zwykłe piosenki soulowe i popowe, choć czasami młodzian pokazuje ostrzejszy pazur (ostra gitara w I’m Yours). Mamy też pierwszy tzw. "one man jam", czyli utwór początkowo tradycyjny zwrotka-refren-zwrotka-refren, ale potem rozwijający się w improwizację klawiszową (Just as Long as We’re Together). Jest też sporo ballad, ładnych, ale nie wybijających się (brak jeszcze długich, pełnych uniesienia "pościelówek", których sporo znajdzie się na późniejszych płytach). W sumie przyjemna płytka.
1979 - Prince (Warner) 2/5
Drugi album zawiera pierwszy przebój (nr 1 na liście Billboard) Prince’a: I Wanna Be Your Lover, także rozwijający się w ciekawą improwizację, głównie syntezatorową. Reszta utworów jest niestety dość przeciętna. Wybijają się tylko: riffowy Why You Wanna Treat Me So Bad? , taneczny Sexy Dancer, jakby zapowiedź późniejszych, opartych głównie na rytmie piosenek, ostry, gitarowy Bambi i wesoły I Feel For You (spopularyzowany przez Chakę Khan). Reszta jest taka sobie, lub nawet nijaka (When We’re Dancing Close and Slow).
1980 - Dirty Mind (Warner) 3/5
Prince założył zespół!! To pierwsza płyta nagrana z The Revolution, choć nazwa zespołu nie jest wymieniona na okładce. Tym razem album jest sporym krokiem naprzód: więcej rytmu, automatycznej perkusji, dużo "elektro" (Dirty Mind, Head, Uptown). Jest tylko jedna ballada i to niewiele ponad 2-minutowa!! (Gotta Broken Heart Again). Z tej płyty pochodzi także jeden z ulubionych utworów Prince’a - When You Were Mine. Absolutnie genialnym kawałkiem jest Head, ze wspaniałą solówką na syntezatorze - do dziś chętnie grany przez DJ-ów. Wybija się także świetny utwór tytułowy - transowy, skandowany, z monotonną linią basu. Sam album jest strasznie krótki (30 minut) i brzmi dziwnie - tak jakoś trochę garażowo. Ale w sumie warto go posłuchać.
1981 - Controversy (Warner) 3/5
To jakby rozszerzenie wcześniejszej płyty, zwłaszcza utwór tytułowy brzmi bardzo podobnie do... utworu tytułowego z Dirty Mind. Jest on jednakże dużo dłuższy i brzmi jakby był specjalnie wydłużony do celów tanecznych (słynne "extended version" znane z wielu singli z lat 80.). Mamy tu w końcu pierwszą prawdziwą pościelówę Prince’a - Do Me, Baby, śpiewaną falsetem, z osiągającym orgazm wokalistą. Co ciekawe znowu jest to jedyna ballada na płycie. Dalsze utwory są bardzo urozmaicone - piosenkowy Privatejoy, kończący się ostrą solówką na gitarze, przechodzący w króciutki Ronnie, Talk to Russia. Następnie mamy ciekawą brzmieniowo piosenkę Annie Christian, a na koniec taneczny Let’s Work i szybki, wesolutki Jack U Off. W sumie niezły album.
1982 - 1999 (Warner) 4/5
Pierwszy doskonały album Prince’a. Oryginalnie wydany na dwóch winylach, trwa 70 minut i zawiera bardzo długie utwory. Zaczyna się od kolejnego przeboju, utworu 1999, potem mamy pierwszą balladę Little Red Corvette (w sumie taką sobie). Następnie najkrótszy na płycie, szybki Delirious, a po nim zaczyna się prawdziwa jazda: utwory wydłużają się, większość jest pełna improwizacji, solówek, czasami pełna tekstu, czasami monotonnie transowa. Wspaniały Automatic, z genialną końcówką, ciekawy Let’s Pretend We’re Married, z dość nietypową perkusją automatyczną, świetny Lady Cab Driver, z obscenicznymi odgłosami, transowy All the Critics Love U in New York, taneczny D.S.M.R. i krótki, ale intensywny Something in the Water, ze świetnymi brzmieniami syntezatorów i wrzeszczącym Prince’m. A na koniec dwie balladki - "pościelówa" International Lover i, zdecydowanie najsłabsza na płycie, anty-wojenna Free. Ogólnie - miodzio.
1984 - Purple Rain (Warner) 5/5 To już absolutna klasyka - na pewno nie ma nikogo, kto by nie znał tytułowego utworu - tutaj w pełnej, bardzo długiej wersji. Utworu, który spokojnie może konkurować z największymi balladami rockowymi takimi jak Stairway to Heaven czy Child in Time... Ale to nie jedyna perełka - tu prawie każdy utwór taki jest: wielki przebój When Doves Cry (co ciekawe, kawałek całkowicie pozbawiony basu), szybki Computer Blue, wykrzyczany Darling Nikki (z podwójną stopą perkusji - rzecz chyba rzadko spotykana w utworach popowych), pełen krzykliwych syntezatorów The Beautiful Ones, gitarowy Let’s Go Crazy, dynamiczny I Would Die 4 U, z chwytliwym refrenem, świetny Baby, I’m a Star, a nawet najsłabszy na płycie Take Me with U. Idealna płyta dla każdego.
1985 - Around the World in a Day (Warner) 3/5
Po wielkim przeboju, jakim była płyta Purple Rain, wszyscy się spodziewali, że Prince nagra kolejny album w takim stylu. To tylko zmotywowało Prince’a do nagrania płyty... w całkiem innym klimacie. Jest tu więcej minimalistycznych brzmień - automat perkusyjny, klawisze i wokal - to główne cechy kawałków Around the World in a Day, Paisley Park i Temptation (w tym ostatnim mamy jeszcze świetną gitarę, oraz lekko nudnawą, spokojną końcówkę). Niestety ogólnie płyta jest słabsza, zwłaszcza przez nudną balladkę Condition of the Heart i krótki Tambourine. Fajne są za to singlowe kawałki: Raspberry Beret, wielki przebój o podrywaniu panienek, America, ze świetnym riffem gitarowym oraz Pop Life, spokojny popowy utwór. Niezła też jest ballada The Ladder, choć trochę przypominająca klimatem utwór Purple Rain.
1986 - Parade (Warner) 2/5
To niestety bardzo słaba płyta. Owszem, jest parę ciekawych brzmień, zwłaszcza w trzech pierwszych utworach, owszem, utwór Kiss jest super, ale ogólnie to cienizna. Kawałki są mało interesujące (nijakie Mountains i Anotherloverholenyohead), albo nudne (Under the Cherry Moon), albo kiczowate (Do U Lie? ). Na szczęście jest tu absolutna perełka - kończąca płytę, siedmiominutowa ballada Sometimes It Snows in April, zagrana na gitarę, fortepian i dwugłos męski-żeński. Cudowna, wspaniała - takiej ballady jeszcze Prince nie nagrał. Zdecydowanie najlepszy utwór na płycie.
1987 - Sign’O’The Times (Warner) 4/5
Płyta Sign’O’The Times jest przez wielu uznawana za najlepszy album Prince’a. Faktycznie znajduje się tu wiele znakomitych utworów (album składa się z dwóch płyt, także kompaktowych), ale znajdą się także te dużo słabsze (nudny Housequake, taka sobie balladka Slow Love, nieciekawy Forever in My Life czy zwyczajnie przeciętny Strange Relationship). Na szczególne wyróżnienie zasługują: tytułowy Sign’O’The Times - absolutnie genialny utwór, który pomimo swojej pozornej monotonni jest niesamowicie wciągający i urozmaicony (świetny jest również teledysk); I Could Never Take the Place of Your Man - początkowo zwykła piosenka, w końcowej części przerobiona na wspaniały jazzowy duet gitarowy; It - również monotonny i transowy, ze świetnymi brzmieniami; Starfish and Coffee - cudowna, króciutka balladka z nietypowymi efektami dźwiękowymi; The Cross - bardzo rockowy "hymn"; It’s Gonna Be Beautiful Night - utwór koncertowy, dość interesujący, mocno funkowy; Adore - "pościelówa", ale z fajnymi wokalami i sekcją dętą. Reszta utworów jest dość ciekawa, ale nie wybija się ponad przeciętność (typowy kawałek popowy U Got the Look, wesolutki Play in the Sunshine czy okraszony fajnym solem saksofonu Hot Thing). Ogólnie - niezła płyta, ale trochę za długa.
1988 - Lovesexy (Warner) 5/5
Lovesexy to zdecydowanie najlepsza płyta Prince’a. Znajdziemy tu mnóstwo ciekawych dźwięków i nietypowych zagrań. Muzyka jest niesamowicie "gęsta" - dużo instrumentów, zmian nastroju, solówek, ale ani przez chwilę nie ma się wrażenia chaosu. Płyta bardzo spójna, każdy utwór przechodzi logicznie w kolejny. Zaczyna się od krótkiego wstępu do utworu Eye No, funkowego, zaśpiewanego w wielogłosie damsko-męskim, który płynnie przechodzi w Alphabet St. - jeden z najbardziej nietypowych singli Prince’a, trwający właściwie tylko 2 i pół minuty, a później rozwijający się w charakterystyczny jam. Następnie jest Glam Slam obarczony nośnym refrenem i syntezatorową końcówką. Anna Stesia to fajna ballada z ciekawymi chórkami, krótki Dance On z baaardzo połamanym rytmem (wbrew tytułowi trudno byłoby to zatańczyć). Po nim następuje utwór tytułowy z genialną gitarą, zmianami nastroju, dużą ilością "gadania", który kończy się gwałtownie, rozpoczynając najsłabszy chyba utwór na płycie When 2 R in Love - ckliwą balladkę. Końcówka jest doskonała - najpierw krótki, piosenkowy I Wish U Heaven, a po nim monumentalny Positivity - długi, powolny, kończący się tym samym brzmieniem syntezatorów, co na początku płyty. Absolutnie świetna płyta. Najlepsza.
1989 - Batman (Warner) 4/5
Teoretycznie to muzyka do bardzo znanego filmu, ale właściwie w filmie jest tylko kilka utworów. Płyta jest zaskakująco dobra, jedna z najlepszych w dorobku Księcia (pod warunkiem, iż udamy, że nie ma tu beznadziejnej "pościelówy" Scandalous). Brzmi nowocześnie, utwory są ciekawe, dynamiczne (Trust, Electric Chair, Lemon Crush, The Future, Batdance), ciekawie zaaranżowane. Znajdziemy tu miłą piosenkę The Arms of Orion, singlowy, dość chaotyczny Partyman i absolutnie genialny Batdance, z fantastycznym solem na gitarze, mnóstwem sampli, zmianą rytmu. Bardzo polecam!!
1990 - Graffiti Bridge (Warner) 2/5
Początek jazdy w dół. To pierwszy album kompaktowy - czyli trwający dłużej niż płyta winylowa, bo ok 65 minut. Niestety dużo utworów nie jest wykonywanych przez Prince’a - to ścieżka dźwiękowa do jego filmu o tym samym tytule, kontynuującego wątki z Purple Rain. Dlatego też płyta jest szalenie nierówna - czasami genialna (ballady The Question of U i Joy in Repetition, singiel Thieves in the Temple, czy okraszony fantastyczną perkusją Release It), czasami niezła (Can’t Stop This Feeling I Got, We Can Funk, Elephants & Flowers, Tick, Tick, Bang!), czasami beznadziejna (Shake!, Melody Cool, The Latest Fashion, Round and Round, Love Machine, Still Would Stand All Time, tytułowy). Niestety ogólnie to kiepski album, może gdyby go tak skrócić trochę...
1991 - Diamonds and Pearls (Warner) 3/5
Tu jest lepiej. Płyta niestety znowu zawiera beznadziejne "wypełniacze" (Daddy Pop, Jughead, ckliwa Insatiable, bardzo przypominająca Scandalous z płyty Batman), single z reguły są dość przeciętne (Cream, tytułowy, Strollin’, Walk Don’t Walk), ale jest też parę jasnych punktów: singiel Gett Off, z mocnym beatem i solem na flecie; długi, dynamiczny Live 4 Love, ze świetną solówką gitarową pod koniec; Willing and Able z chórem gospel; Push, prawie hip-hopowy utwór (na tej płycie pojawia się zresztą po raz pierwszy dużo partii rapowanych); klasyczna ballada Money Don’t Matter 2 Night; rozpoczynający płytę Thunder, typowy jamowy kawałek. Znów trochę za długa ta płyta...
1992 - lovesymbol (Warner) 3/5
Ta jest niestety jeszcze dłuższa i momentami (zwłaszcza w środkowej części) bardzo nudna. Zaczyna się świetnie - tradycyjnie od opartego na automatycznej perkusji utworu czyli My Name is Prince. Potem mamy Sexy M.F. , jeden z najwspanialszych utworów stworzonych kiedykolwiek przez Prince’a, zagranego na tzw. "setkę", zawierającego same genialne elementy (oprócz tekstu): solówka na gitarze, świetny saksofon i cudowny groove. Potem następuje równie dobry Love 2 the 9’s, ze spokojnym, jazzującym początkiem, skreczami i rapem. Niestety dalej jest już gorzej: przeciętna balladka The Morning Papers, nudne p-funkowe kawałki The Max, I Wanna Melt with U i The Continental, "pościelówa" Damn U, nawet przez chwilę nie dorównująca Adore, pseudo-rockowy 3 Chains O’ Gold, czy singlowy przebój 7, z nieciekawym tekstem. Na wyróżnienie zasługują jedynie: ballady Sweet Baby i And God Created Woman, naprawdę fajne i ładne oraz kończący płytę The Sacrifice of Victor, przywodzący trochę na myśl utwór Positivity z płyty Lovesexy.
1993 - The Hits 1 & 2 (Warner) 3/5
Po 15 latach działalności Prince w końcu zdecydował się na wydanie składanki największych hitów (zapewne pogłębiający się konflikt z wytwórnią Warner Bros o tym zdecydował). Mamy tu wszystko co znane i charakterystyczne dla Księcia. Znajdziemy także 4 nowe utwory: singlowy Peach, ze świetną gitarą, szybki Pope, lekko technowaty, Prince’owa wersja Nothing Compares 2 U (spopularyzowany przez Sinead O’Connor), całkowicie przearanżowana oraz Pink Cashmere, fajny, spokojny utwór. Dla fanów mało tu ciekawych rzeczy, dla początkujących - bardzo dobre przedstawienie działalności Prince’a.
1994 - Come (Warner) 3/5
Ostatnia płyta w XX wieku sygnowana jako Prince (na okładce jest nawet dopisek "Prince 1958 - 1994"). Płyta bardzo spójna stylistycznie, ale ogólnie taka sobie. Okropne są zwłaszcza ballady Dark i Solo, oraz kończący płytę wygłup Orgasm, gdzie jakaś panienka szczytuje na tle jęczącej gitary. Ale są też fajne fragmenty: Papa, krótki, świetny kawałek, z ciekawą linią basu; Letitgo, fajnie rozwijający się pod koniec, z nośnym refrenem; tytułowy Come z genialnymi solówkami dęciaków (kawałek trwa 11 minut); wesoły Space, z fajnymi klawiszami. Ciekawy jest też kolejny technowaty utwór Loose! - z ostrą gitary i bardzo szybkim tempem. Reszta (Pheromone, Race) taka sobie. Brzmienie fantastyczne - jakbyśmy byli w jakimś małym klubie...
1994 - The Black Album (Warner) 2/5
Oto album legenda - pierwotnie miał zostać wydany w 1988 roku. Jednakże przed wydaniem album pojawił się na rynku jako bootleg. Wkurzyło to Prince’a i postanowił wydać całkiem inny album (i tak dostaliśmy Lovesexy - przy okazji ciekawe, czy Lovesexy składa się z utworów odrzuconych i schowanych do szafy, bo jeżeli tak, to prosimy o więcej takich odrzutów). Jedynie utwór When 2 R in Love w niezmienionej wersji pojawił się na Lovesexy. W sumie dobrze, że się tak stało - Black Album jest dość kiepski. Większość utworów jest taka sobie, mocno oparta na automatycznej perkusji, czasami nawet zahaczająca o elektro (Dead on It). Mamy kiepściutkie utwory p-funkowe (Cindy C., Le Grind, Superfunkycalifragisexy), jeden utwór instrumentalny z solówkami (2 Nigs United 4 West Compton), całkiem fajny, z niezłą solówką na basie, taki sobie kawałek popowy Rockhard in a Funky Place, oraz najciekawszy na płycie utwór będący "opowieścią na tle muzyki", czyli Bob George (świetna gitara i przetworzony wokal Prince’a). Całość jest raczej nudnawa i może zainteresować tylko zatwardziałych fanów.
1995 - The Gold Experience (Warner) 1/5
To zdecydowanie najgorszy album Prince’a (a dokładniej od tej płyty symbola). Właściwie ciężko tu znaleźć jakieś jaśniejsze momenty. Na pewno można do nich zaliczyć balladę Shhh, będącą idealnym przykładem na "pościelówę", długa, intensywne granie perkusji, solówka na gitarze, natchniony refren... Dobry jest także utwór Gold, z fajną końcówką, która jakby nie chciała się kończyć. Plusem jest także Shy, oparty na krokach kobiecych, akustyczny, przypominający lekko Willing and Able z płyty Diamonds and Pearls. Niestety reszta jest zdecydowanie poniżej poziomu: kiczowaty I Hate U, równie kiczowaty przebój The Most Beautiful Girl in the World, beznadziejne, choć dynamiczne We March, P Control (z debilnymi wrzaskami jakiegoś gościa), Now, 319 i całkowicie okropny Billy Jack Bitch - bezsensowny i nie wnoszący nic nowego. Da się jeszcze wytrzymać patetyczną balladę Dolphin, ale całkiem dobijają przerywniki między utworami, w których jakaś baba gada czasami udając komputer, czasami mówiąc coś po hiszpańsku. Gniot, ewidentny.
1996 - Chaos and Disorder (Warner) 3/5
W ramach czyszczenia zobowiązań kontraktowych Prince wydał tę płytę, zawierającą (podobno) same odrzuty, niegodne wydania na płytach. Panie Prince: więcej takich odrzutów!! Płyta jest bardzo fajna, może bez rewelacji, ale słucha jej się świetnie. Brzmienie jest doskonałe, słychać luzackie granie (zwłaszcza na gitarze), kompozycje są bardzo sympatyczne. Jedynie końcówka się nie udała - Dig U Better Dead to raczej nudny p-funk, a Had U to jakieś dziwne coś, kończące się gwałtownie. Świetna za to jest ballada skłądająca się z dwóch części Into the Light/I Will, a także króciutka balladka Dinner with Delores. Wybija się także p-funkowy I Rock Therefore I Am, ponieważ reszta utworów jest zdecydowanie rockowa, momentami bardzo dobra (Right the Wrong, Chaos and Disorder), momentami niezła (Zannalee). Ogólnie - bardzo miła płyta.
1996 - Emancipation (EMI) 3/5
Prince uwolnił się od kontraktu z Warner Bros i ze szczęścia sprawił nam 3-płytowy boks, zawierający równo 3 godziny muzyki. Ponieważ każda płyta zawiera 12 utworów i trwa równo 60 minut, dlatego dużo utworów brzmi, jakby zostało specjalnie wydłużonych, aby dociągnąć krążek do określonego czasu (np. Joint 2 Joint, Style). Utworów sporo, klimatów również. Każda płyta jest w trochę innym klimacie: pierwsza jest mieszanką i szybkich, i wolniejszych utworów, ballad, rockowych kawałków (taka sobie); druga zawiera w większości ballady i pościelówy (baaardzo nudna); trzecia jest najbardziej dynamiczna (i najciekawsza). Na wyróżnienie zasługują utwory: Friend, Lover, Sister, Mother, Wife – genialna pościelówa; The Love We Make – naprawdę chwytająca za serce, podniosła ballada; Da, Da, Da – prawie hip-hop, z raperami i fajną zaśpiewką w refrenie; My Computer – pochwała Internetu (serio), z gościnnym (prawie niesłyszalnym) udziałem Kate Bush; Betcha By Golly Wow! - w sumie miła balladka - to nie utwór autorstwa Prince'a (na tej płycie po raz pierwszy pojawiają się utwory z repertuaru innych wykonawców, m.in. La La La Means I Love You i One of Us); The Human Body – technowaty beat i ciekawe klawisze. W sumie każdy znajdzie tu dla siebie coś ciekawego, ale Prince mógł spokojnie sobie darować taką ilość materiału.
1999 - The Vault...Old Friends 4 Sale (Warner) 4/5
Jeszcze jedna płyta odkurzająca zakamarki zasobów Warner Bros. Równie fantastyczna jak poprzednia – lecz tym razem bardzo jazzowa. Genialne są kawałki She Spoke 2 Me – ze świetnymi partiami solowymi instrumentów i ballada When the Lights Go Down, z długą solówką na fortepianie na początku. Wyróżnić należy także otwierające płytę utwory The Rest of My Life – krótki, ale bardzo intensywny oraz It's About that Walk – wesoły kawałek z ciekawymi samplami. Niezła jest także ckliwa ballada Old Friends 4 Sale i rockowa Sarah. Ostatnia ballada Extraordinary dość często była grana przez Prince'a na koncertach. Pomyłką jest za to krótki utwór My Little Pill – takie coś zagrane "na odwal się". 5 Women stworzone zostało dla Joe Cockera, a There is Lonely mogłoby nie być. Całość jest krótka, ale bardzo dobra.
1999 - Rave Un2 the Joy Fantastic (Virgin) 3/5
Wielu krytyków pisało, że Prince wreszcie wrócił do formy. Moim zdaniem jeszcze nie, ale jest parę przebłysków. Utwór tytułowy przywodzi na myśl kawałek Around the World in a Day, świetna ballada The Greatest Romance Ever Sold brzmi doskonale, niezły jest też spokojny The Sun, The Moon and Stars. Broni się także mocny Everyday is Winding Road z repertuaru Sheryl Crow (śpiewa ona w Baby Knows). Dobrze wypada też Strange but True – p-funkowy, z tekstem będącym rozliczeniem Prince'a z wytwórnią Warner Bros. Niestety reszta jest taka sobie: nudne Undisputed, Hot wit U czy Pretty Man, czy wyjątkowo ckliwe i beznadziejne ballady Man'O'War, Silly Game i I Love U but I Don't Trust U Anymore. Ogólnie – ujdzie w tłumie.
2001 - The Very Best of Prince (Warner) 3/5
Kolejna składanka hitów – krótsza (tylko jedna płyta), ale zawierająca to co najważniejsze. Ale całkiem niepotrzebna (co gorsza, słyszałem, że Warner planuje w marcu 2006 wydać kolejny podwójny album z hitami).
2004 - Musicology (Columbia) 3/5
To już prawdziwy powrót Prince'a (ponownie występuje pod własnym imieniem) – oprócz słabszych p-funkowych Illusion, Coma, Pimp & Circumstance i Life'o'the Party reszta jest conajmniej dobra. Świetny utwór tytułowy – pierwszy od lat "nieprzewidywalny" utwór Prince'a – nietypowy rytm, ciekawa solówka na syntezatorach. What Do U Want Me 2 Do oparty na brzmieniach znanych z Purple Rain. Spokojny Dear Mr. Man, dynamiczny, z wystukanym rytmem If I Was the Man in Ur Life, dobre ballady A Million Days i On the Couch i troszkę słabsze, ale też niezłe piosenki Cinnamon Girl i Reflection. Naprawdę dobry album.
2006 - 3121 (Columbia)
Jak wyjdzie 21 marca to opiszę. Opisana tutaj.

19 stycznia 2006 o 21:22:23
O mamo, dużo tego.

Mnie odstraszył outfit Prince'a jak byłem bardzo mały. Wolałem wtedy zdecydowanie Michaela Jacksona. Taki wybór strony w „konflikcie” o miano króla popu.
19 stycznia 2006 o 21:25:08
Dodam jeszcze, zanim mnie zabiją: wtedy (według moich rodziców i ich znajomych) popem się określało właśnie taką muzykę.
10 lutego 2006 o 20:07:50
Dlaczego mają cię zabijać? Prince to czarna muzyka pop - w bardzo szerokim sensie. Oczywiście, gdyby być ścisłym to jest funk, soul plus pop. Prince miesza gatunki i płynnie między nimi przechodzi. To jeden z objawów jego geniuszu.
06 marca 2006 o 00:13:45
Nieźle :) W znakomitej większości zgadzam się z Tobą… Jednak zabrakło mi tu kilku pozycji... Szczególnie The Rainbow Children (2001 NPG Records)- do kupienia przecież w zwykłym sklepie (ja kupiłam w MM)z cudownym utworem tytułowym oraz wspaniałą pościelówką She loves me 4 me:) a także super gospelowym momentami ale też ze wspaniałą gitarą Księcia utworem Last December:) Osobiście kocham też N.E.W.S. (2002 lub 2003 /nie pamiętam w tej chwili/ również NPG Records) co prawda chyba nie do kupienia w „zwykłym sklepie - na płycie 4 utwory instrumentalne, ja jakoś szczególnie ukochałam East:) Natomiast co do nowego albumu P. to muszę przyznać, że singlem Te Amo Corazon jestem zawiedziona - wg mnie jest mniej niż mierny, a miernota jak powszechnie wiadomo jest gorsza od niczego, stanowczo lepszy jest Black Sweet - tu słychać prawdziwego dawnego Prince`a - ja również z niecierpliwością czekam jednak na ten album
A czy wiesz, że 13 marca (choć niektórzy podają, że 9-ego) ukaże się dwupłytowa składanka Ultimate ? Podobno nakładem wytwórni Rhino (polska dystrybucja Warner)– 22 kawałki…
I jeszcze jedno: na mojej płycie Come są lata 1958-1993...
Pozdrawiam współfana Prince`a!!!
06 marca 2006 o 00:27:27
Jeszcze do poprzedniej wypowiedzi: drugi singiel z 3121 to naturalnie Black Sweat, a nie Black Sweet - pomyłkę zauważyłam dopiero jak wysłałam
. Jeszcze raz serdecznie pozdrawiam
06 marca 2006 o 09:22:28
Essa: Co do "The Rainbow Children" to jednak wydaje mi się, że oficjalnie nie była dostępna, a tylko parę sztuk pojawiło się w sklepach. Osobiście uważam ją za dość przeciętną - jedynie tytułowy utwór i 3 ostatnie są bardzo dobre (ale mają za dużo przetworzonego wokalu Prince'a).
Oczywiście masz rację, co do płyty "Come" - moja pomyłka.
23 kwietnia 2006 o 14:37:59
Moim zdaniem również "The Rainbow Children" nie było w normalnej dystrybucji.
W 3121 genialnym - choć pewnie powiecie, że popowym kawałkiem - jest Lolita. Mimo wszysko 3121 jest dla mnie o niebo ciekawszą płytą niż tak chwalone "Musicology" - płyta może jednolita i spójna, ale mimo wszystko nudna.
04 marca 2008 o 19:53:51
Jak dla mnie singiel "diamonds and pearl" to jeden z najlepszych Prince`a wogóle:delikatne brzmienie gitary,fantastyczny kobiecy głos,czy też ten genialny Jam w środku.
Most beautiful girl in the world też jest nawet niezłe.