Obejrzane - Bruce Wszechmogący

19 lutego 2006, 09:27:24
Obejrzane na zasadzie - coś lekkiego, miłego na sobotni wieczór. Film taki sobie, Jim Carrey raczej beznadziejny, a jeszcze gorsze był dialogi. Na szczęście niektóre gagi naprawdę śmieszne, Morgan Freeman jako Bóg niezły, choć może nie do końca przekonywający. Cała historyjka oczywiście całkowicie bez sensu. Plusem była Catherine Bell (znana z serialu JAG) jako prezenterka telewizyjna - wreszcie można było ją zobaczyć bez munduru.

Oceansize - Effloresce

18 lutego 2006, 09:27:27
Po tym jak uznałem, że płyta Everyone into Position jest najlepszą płytą 2005 roku, oczywistym stało się, że prędzej, czy później muszę sięgnąć po debiutancki album Oceansize. Spodziewałem się podobnego łomotu - i nie zawiodłem się. Płyta jest bardzo dobra, choć zdecydowanie słabsza w środku (trzy utwory: You Wish, Remember Where You Are oraz Amputee są trochę słabe, mało co po nich zostaje w głowie). Natomiast początek i końcówka to doskonałe fragmenty. Bardzo dobry pomysł to spokojne utwory instrumentalne, przywodzące mi na myśl głównie płytę The Fragile zespołu Nine Inch Nails (podobny klimat, zwłaszcza w Unravel). Długie utwory są znakomite (zwłaszcza absolutnie genialny Massive Bereavement), nie nudzą się, są pełne pomysłów i energii. Naprawdę, bardzo, bardzo polecam!!

10 najlepszych płyt elektronicznych wg mnie

17 lutego 2006, 09:56:57
I druga obcięta dziesiątka. Od razu zaznaczam, bo przy poprzedniej notce nastąpiło pewne zamieszanie: kolejność jest chronologiczna.

1. The Orb - Orbus Terrarum (1995)

...jest to najcudowniejsza, najwspanialsza, najgenialniejsza i niepowtarzalna płyta jaką człowiek kiedykolwiek stworzył. Płyta wszechczasów. Składa się tylko z 7 utworów, trwa 79:41 (w wersji amerykańskiej, bo angielska jest o minutę krótsza) i jest absolutnie fantastyczna. Co w niej takiego wspaniałego? Mnóstwo pięknych dźwięków (oczywiście głównie elektronicznych), niesamowicie bogate kompozycje, pełne wielu warstw dźwiękowych (niektóre utwory można rozbić na kilkanaście ścieżek!!), dużo nawiązań do dubu (Slug Dub, Valley, Occidental), rocka (Montagne d'Or (der gute berg) - powoli rozwijający się utwór, kończący się nagłym wtargnięciem perkusji i gitar elektrycznych) czy muzyki klasycznej (początek Oxbow Lakes). Oczywiście także niesamowicie dużo sampli (fragmenty bajek, dialogów, monologów, bardzo dużo odgłosów natury), doskonale wkomponowanych w utwory i momentami bardzo zabawnych (początek Plateau). Ówczesnych członkom zespołu (czyli wymienionemu wcześniej liderowi Alexowi Patersonowi i Krisowi 'Thrash' Westonowi) udało się stworzyć coś całkowicie niepowtarzalnego, nie przywołującego żadnych skojarzeń z inną kapelą. Pomagali im w tym liczni goście: Kris Needs, Guy Pratt (basista Pink Floyd z okresu A Momentary Lapse of Reason i The Division Bell, prywatnie zięć Ricka Wrighta), Tom Green, a także nieodłączny kompan Patersona, szwajcar Thomas Fehlmann... Muzyka jest z jednej strony dość lekka i jasna (zwłaszcza w utworach Valley, White River Junction, Plateau czy Montagne d'Or (der gute berg)) ale pod koniec robi się trochę mroczna (dziwny Occidental). Nie jest też łatwa w odbiorze, ale naprawdę warto ją poznać. Cudo.

PS. Polecam czytać przy tej płycie książkę Stanisława Lema Eden. Od razu nasuwają się obrazy opisanej tam planety...
PS2. Na singlu Oxbow Lakes - jedynym z tego albumu - znajdziemy remiks w wykonaniu kwartetu smyczkowego Darrena Allisona. Bardzo klasyczny - w dosłownym tego słowa znaczeniu...

2. Underworld - Second Toughest in the Infants (1996)

Album, który ukazał się w przededniu odniesienia przez Underworld światowego sukcesu pod postacią utworu Born Slippy.NUXX, z równie znanego filmu Trainspotting (na płycie nie ma tego utworu, chyba, że kupimy wydanie 2-płytowe niemieckie lub japońskie). Na płycie jest tylko 8 utworów, z czego 2 pierwsze trwają w sumie ponad 31 minut (Juanita/Kiteless/To Dream of Love oraz Banstyle/Sappy's Curry). Kompozycje te są kwintesencją stylu Underworld - długie, wielowątkowe, pełne ciekawych wokali, często powtarzanych fraz słownych, interesujących brzmień, a z drugiej strony momentami dość ascetyczne jeżeli chodzi o ilość użytych dźwięków. Konstrukcja utworów czasami przynosi na myśl dokonania z kręgów rocka progresywnego - ale to dość luźne skojarzenie. Kolejne utwory są doskonałym uzupełnieniem 2 pierwszych. Mroczne Confusion the Waitress i Stagger, dynamiczne i agresywne Rowla i Pearl's Girl (ten drugi to jedyny singiel jaki się ukazał z tej płyty), lekki i wesoły Air Towel oraz miniaturka Blueski pełna zapętleń gitarowych brzmień. Underworld udała się niezwykła sztuka - potrafią tworzyć bardzo długie 15-20 minutowe utwory o jednostajnym rytmie, które nie nużą ani przez chwilę!! Perełka.

3. Various - Auntie Aubrey's Excursions Beyond the Call of Duty (1996)

Pierwsza cześć dwupłytowej składanki zawierającej wyłącznie utwory zremiksowane przez zespół The Orb. Zawiera tylko 18 utworów, a każda płytka trwa ponad 78 minut. A remiksy są cudowne, począwszy od 16 minutowego remiksy Material, poprzez 18-minutowy remiks Killing Joke, 13-minutowy remiks Keiichi Suzuki, 13-minutowy remiks Yello, 12-minutowy remiks Maurizio... Można tak długo. W każdym razie The Orb specjalizował się w długich remiksach (niestety obecnie już nie), bardzo powoli się rozwijających, bardzo ambientowych, pełnych dziwnych sampli i dźwięków, niesamowicie klimatycznych i w ogóle wspaniałych (wiem, beton jestem). Ze znanych wykonawców mamy tutaj np. Depeche Mode, Erasure, wspomniane już Yello czy Killing Joke, Primal Scream, Pop Will Eat Itself... Większość remiksów jest ambientowa, choć niektóre zachaczają mocno o house, tylko taki starszy z lat 89-91. Całość jest zmiksowana i słucha się tego bardzo dobrze. Polecam zwłaszcza wydanie z 1996 roku (pomimo tego, że w 90% jest MONO), bo wydanie z 2001 roku zawiera troszkę inny układ utworów. A część druga składanki, wydana w 2001 roku jest zdecydowanie słabsza.

4. Chemical Brothers - Dig Your Own Hole (1997)

Chemical Brothers to bardzo znany zespół, który głównie zasłynął właśnie tą, drugą w swoim dorobku płytą. Jest to ich najmocniejsze i najostrzejsze dokonanie - inne płyty są dużo łagodniejsze. CB proponują tu swoją odmianę break-beatu (Block Rockin' Beats, Dig Your Own Hole, Elektrobank), big-beatu (Get Up on It Like This, Setting Sun), dziwacznego house'u (It Doesn't Matter, Don't Stop the Rock) i odlotowych spokojniejszych fragmentów (Lost in the K-Hole, Piku). Cała płyta jest suto okraszona psychodelią, zwłaszcza w środkowej mini-suicie It Doesn't Matter/Don't Stop the Rock/Get Up on It Like This - pełen odlot, a także w kończącym krążek utworze The Private Psychedelic Reel. Jak zwykle na płycie znajdziemy kilku gości - m.in. Noel Gallagher, Jonathan Donahue, Beth Orton, którzy bardzo urozmaicają repertuar. Zdecydowanie świetny i spójny album.

5. Yello - Pocket Universe (1997)

Płyta Pocket Universe jest bardzo nietypowa dla zespołu Yello. Jako jedyna w ich dorobku jest całkowicie "technowata" - ani grama electro-popu do jakiego przyzwyczaili nas Ci szwajcarscy weterani. Widocznie po doświadczeniach związanych z albumem Hands on Yello zawierającym remiksy dawnych utworów zespoły dokonanych przez wielu artystów z kręgów współczesnej elektroniki (głównie niemieckich) panowie Boris Blank i Dieter Meier postanowili unowocześnić brzmienie. Album Pocket Universe przynosi długie, bardzo zrytmizowane utwory, idealnie nadające się do klubów (np. Magnetic, Resistor, On Track czy Pan Blue), ambientowe (Monolith, Beyond Mirrors) czy chilloutowe (Celsius, To the Sea) kompozycje. Oczywiście wszystkie utwory wciąż zawierają ten niepowtarzalny klimat utworów Yello - różne "przeszkadzajki", pojedyncze fantazyjne dźwięki, charakterystyczne plamy syntezatorów i przetworzone wokale. Jak na techno - jest to arcydzieło.

6. Photek - Form & Function (1998)

Photek zasłynął swoją debiutancką płytą Modus Operandi. Zawierała ona minimalny drum'n'bass, bardzo klimatyczny, często połączony z jazzowymi brzmieniami. Mnie jednak bardziej odpowiada drugi album, składający się z dwóch części: pierwsza zawiera nowe remiksy starych utworów w wykonaniu różnych znanych wykonawców drum'n'bassowych: Peshay & Decoder, J Majik, Doc Scott, Digital; druga część to zbiór 4 starszych utworów i 2 całkiem nowych. Płyta jest bardzo mroczna i bardzo klimatyczna. No i bardzo minimalna. Dźwięków jest mało, rytmy są połamane, a płytka trwa 79 minut i 30 sekund. I ma świetną okładkę.

7. Leftfield - Rhythm and Stealth + Stealth Remixes (2000)

Płyta mroczna, dość minimalistyczna i jednorodna (w przeciwieństwie do poprzedniej, dość eklektycznej, słynnej Leftism). Utwory zahaczają o hip-hop (Dusted, Afrika Shox), rave (Phat Planet), house (Double Flash), ambient (El Cid, Rino's Prayer), chillout (Swords, Chant of a Poor Man), dub (Dub Gussett, 6/8 War). Wielu gości uatrakcyjnia ten materiał: Roots Manuva, Cheshire Cat, Nicolle Willis (prywatnie żona Jimiego Tenora), Afrika Bambaataa, Rino... Całość robi bardzo dobre wrażenie, choć całkiem odmienne od poprzednika.
W limitowanej wersji mamy także krótki zbiór remiksów w wykonaniu I:Cube'a (2 remiksy), Nicka Rappacciolli, Ewana Pearsona, Barbed Wire czy Dave'a Clarke'a. Część jest mroczna, dubowa, część lekko house'owa, całość doskonała.
Obu płyt trzeba słuchać w całości!! Inaczej to nie ma sensu... No i wieczorem - bardzo mroczna muza.

8. Fila Brazillia - Brazilification. Remixes 95-99 (2000)

Pierwsza płyta zawierająca zbiór remiksów, dokonanych przez zespół Fila Brazillia. 2 płyty, 18 utworów. Zremiksowani zostali m.in. Radiohead, The Orb, Lamb, Moloko, The Egg, Black Uhuru, A Certain Ratio, DJ Food, UNKLE, Ponga, Simple Minds, Freak Power... Pierwsza płyta zawiera chilloutowe, trip-hopowe i downtempowe kawałki, druga dynamiczne, pełne rytmów perkusyjnych, zachęcająca do tańca. Wszystko okraszone Fila Brazilliowym sosem - FB to najlepsi remikserzy jakich znam, a robią remiksów co niemiara (wyszła też druga płyta, B2, także zawierająca ich remiksy). Ich dokonania są pełne akustycznych i naturalnych brzmień, choć nie stronią też od elektronicznych dźwięków. Najlepsze remiksy na tej płycie? A Certain Ratio (prawdziwa samba), Lamb, The Egg, Black Uhuru, Simple Minds, The Orb, UNKLE, DJ Food, Radiohead. Cudo!!

9. Gel-Sol - Music Made for You... and By You, I Mean Me (2003)
obecnie znana pod tytułem Gel-Sol 1104

Dla wszystkich fanów Orba to było objawienie w 2003 roku. Gel-Sol przedstawił wtedy (cała płyta była dostępna za darmo do ściągnięcia na jego stronie, obecnie wydawana jest przez wytwórnię em:t Records.) swoją koncepcję muzyki ambient, która w ogromnym stopniu przypominała dokonania Orba a.d. 1997. Utwory zawarte na płycie są pełne ciekawych dźwięków i aranżacji, bardzo kosmiczne i przyjemne. Można tu usłyszeć pasaże klawiszy, dubowe linie basu, połamane rytmy perkusji i mnóstwo zabawnych sampli wokalnych. Tak powinien brzmieć Orb obecnie - szkoda, że tak nie jest, i na szczęście jest Gel-Sol.

10. Air - Talkie Walkie (2004)

Cudowna, zimowa płyta francuskiego duetu. Jakoś ich słynny debiut Moon Safari w ogóle mi nie podchodzi (zwłaszcza okropny Sexy Boy), natomiast ta płyta jest wspaniała. Spokojna, cichutka, delikatna, pełna pięknych brzmień. Wspaniała w sam raz na wieczór we dwoje. A zimowa dlatego, że poznałem ją w styczniu i słuchałem brnąc w śniegu. Polecam każdy utwór, przez wyklaskany Venus, poprzez singlowe Cherry Blossom Girl i Surfing on a Rocket, rytmiczne Run, instrumentalne Alpha Beta Gaga, Mike Mills, Alone in Kyoto, balladki Another Day, Universal Traveller i kapitalne Biological ze wspaniałą końcówką. Super płytka.

Z tą listą było dużo trudniej: czuje większy sentyment do płyt elektronicznych, niż rockowych.

Edit: notka zmieniona i poszerzona dnia 28 stycznia 2007 r.

10 najlepszych płyt rockowych wg mnie

15 lutego 2006, 21:46:19
Swego czasu obiecałem, że dokonam cięć w spisie swoich ulubionych płyt rockowych i elektronicznych. Oto pierwsze cięcia:

1. Rush - Permanent Waves (1980)

Od jakiegoś czasu szukałem kapeli, która nagrywałaby w latach 80-tych, grała coś przebojowego, ale zaraz niebanalnego (czyli coś w stylu King Crimson z lat 80-tych). No i okazało się, że miałem coś takiego przed nosem, tylko tego nie widziałem. Rush - kapela, która zawsze mnie fascynowała - trzech gości, a dają czadu i nagrywają dużo płyt, pełnych skomplikowanych kawałków, a zaraz melodyjnych. Ta płyta to już czwarta jaką słyszałem, ale dopiero teraz mi ich muzyka podeszła w 100%. Jest i przebojowo (The Spirit of Radio, Freewill) i skomplikowanie, rozbudowanie (Jacob's Ladder, Natural Science) i nawet jest jedna balladka (Different Stages). Bardzo, bardzo przyjemne, relaksujące granie.

2. The Young Gods - T.V. Sky (1992)

Świetna płytka szwajcarskich mistrzów samplingu. Tylko perkusja, wokal i sampler. Bardzo rockowa, z fenomenalnym i monumentalnym, 20-minutowym Summer Eyes. Robert Sankowski porównywał ich w Tylko Rocku do The Doors - coś trochę w tym jest... Są bardzo oryginalni, choć we wzmiankowanym wyzej utworze ewidentnie słychać wpływy (i sample) Pink Floyd. Ale to drobiazg...

3. Tool - Undertow (1993)

Niezapomniane odkrycie roku 1994 (dopiero wtedy płyta ukazała się w Polsce) - bardzo upalne lato, rower i walkman z kasetą Toola. Fantastyczne kompozycje, mroczna atmosfera, genialne cykanie świerszczy w Disgustipated i gościnny udział Henry'ego Rollinsa w Bottom. No i ta okładka... Późniejsze płyty mnie nie przekonują - utwory stały się zbyt skomplikowane, mało wciągające. Undertow ma tę surowość i energię, jaką lubię...

4. Rollins Band - The End of Silence (1992)

Niesamowita płyta - mnóstwo wpływów jazz'u, hardcore'u, bluesa... Idealny pokaz na to, co można zdziałać w klasycznym składzie rockowym: gitara, bas, perkusja i wokal. Majstersztyk. A płyta pełna długich, ciężkich kawałków i nie jest nudna ani przez chwilę. Tylko wokal Rollinsa może niektórym nie przypaść do gustu. Mnie nie przeszkadza.

5. Helmet - Betty (1994)

Świetne riffy, kawałki krótkie, ale często rozbudowane i nawet fajne melodie. Kapela całkowicie niepowtarzalna. Początki bardzo noise'owe, potem złagodnieli, ale nie aż tak bardzo. Nadal kawał porządnego grania.

6. Nine Inch Nails - The Fragile (1999)

Ta płyta podoba mi się najbardziej. Jest momentami bardzo łagodna, jak trzeba to ostra... I bardzo spójna i przemyślana. Chociaż pozostałe płyty są naprawdę dobre (może oprócz ostatniej), to ta wybija się ponad nie (nie tylko długością). Trent Reznor pokazał się tutaj od bardziej melancholijnej strony. Dużo utworów instrumentalnych, dźwięków fortepianu i akustycznej gitary... Miodzio.

7. Ozric Tentacles - Erpland (1990)

Ozric Tentacles grają space rocka - muzykę całkowicie instrumentalną, nieodmiennie kojarzącą mi się z grą Unreal. Jest to kapela z gatunku 'co-płyta-to-to-samo', ale jak dla mnie to bardzo relaksująca muzyka (chociaż często dość ostra). Ta płyta odpowiada mi najbardziej - jedna z pierwszych dostępnych na CD, jest długa, zróżnicowana i pełna cudownych dźwięków - elektronicznych, akustycznych, elektrycznych... Piękna płyta.

8. Porcupine Tree - Signify + Insignificance (1996)

Przepiękne wydanie płyty - podwójny digipak, śliczny design, doskonale wygląda na półce. A że wszystkie remastery PT są wydane w ten sam sposób, to na myśl, jak pięknie wyglądałaby półka zawierająca po kolei Voyage 34, Up the Downstair, The Sky Moves Sideways, Signify, Coma Divine i Stars Die - The Delirium Years 1991-1997 cieknie mi ślinka...

Płyta Signify to moim zdaniem najlepsze dokonanie PT. W stosunku do poprzednich płyt utwory stały się krótsze, bardziej zwarte, momentami bardziej piosenkowe. Ale i tak tworzą doskonałą całość. Mamy tutaj trochę czadu (Signify, Sever, Idiot Prayer), piękne ballady (Every Home is Wired, Dark Matter), niesamowity, dwuczęściowy kawałek Waiting (jedyny singiel z płyty), utwory, które powstały w wyniku improwizacji (Idiot Prayer, Intermediate Jesus), sporo ambientu ("Light Mass Prayers", Pagan, Bornlivedie) oraz jeden zgrzyt - beznadziejną, nudną, podniosłą balladkę The Sleep of No Dreaming. Całość jest mroczna, piękna i doskonała. Ale najlepsze jest dalej...

Remaster Signify zawiera drugą płytę - Insignificance - zbiór różnych utworów: odrzutów i wersji demo. I jest znakomita, nawet lepsza od Signify!! W każdym razie mnie bardziej się podoba. Są tu cudowne ballady (Wake as Gun, Nine Cats (acoustic version)), ciekawe improwizacje (Hallogallo, Dark Origins, Neural Rust), całkiem inne wersje Signify i Waiting, dość podobna do wersji płytowej Sever Tomorrow i jedyny "wesoły" kawałek Smiling Not Smiling - osobiście trochę przywodzący mi na myśl dokonania Jethro Tull. Tej płyty słucham częściej niż podstawowej...

9. King Crimson - Red (1974)

Red jest doskonałym zakończeniem kariery KC w latach 70. Każdy utwór jest doskonały (oprócz nudnego Providence), pełen energii i wciągający. Szczególnie lubię utwór najbardziej niedoceniony na płycie - One More Red Nightmare - fantastyczny riff, genialna solówka na saksofonie, absolutnie wciągający drive i to nagłe urwanie - coś niesamowitego!! Oczywiście Starless też jest piękne i wspaniałe.

10. Beck - Mellow Gold (1994)
Niesamowicie oryginalna i zakręcona płyta. Na pół balladowa (i to takie balladki do grania przy ognisku), na pół samplowana, całkowicie zwariowana. No i doskonała. Nawet jeżeli komuś nie podoba się taki chropowaty sposób śpiewu Becka, to i tak może być zauroczony. Idealna na lato.

Edit: Ostatnio zmienione 24 listopada 2007 r. - Na pozycji nr 1 zamiast Black Sabbath - Never Say Die! wstawiłem Rush - Permanent Waves.

Jamiroquai - The Return of the Space Cowboy

14 lutego 2006, 09:38:45
Ten album z 1994 roku jest zdecydowanie najlepszą płytą Jamiroquai. Pełen świetnych pomysłów, brzmień, doskonałe dęciaki, cudowne smyki, utwory są długie, momentami rozimprowizowane (Just Another Story, Scam)... Jedynie brzmienie jest jakieś takie... zbyt miękkie. No i dwa utwory w środku nie dorównują reszcie (Mr. Moon, The Kids). Początek fantastyczny, końcówka genialna.

Szkoda, że późniejsze albumy to już równia pochyła i to coraz niższa... Polecam jeszcze debiutancki album, również niezły, choć jest na nim mniej doskonałych utworów.
Wcześniejsze wpisy      Nowsze wpisy