Wiktor Żwikiewicz story

Dzisiaj bardzo ciekawy artykuł, zauważony na forum wortalu Gamelog:

Aleksandra Lewińska

BYCIE PISARZEM MI OBRZYDŁO (GW, dodatek regionalny Bydgoszcz)


Wiktora Żwikiewicza, modnego w latach 70. i 80. nie tylko w Polsce bydgoskiego pisarza science fiction, pamiętają dziś tylko nieliczni miłośnicy gatunku. Niegdyś porównywano go do Lema, dziś niemal zupełnie o nim zapomniano. Pewnie dlatego, że od dawna niczego nowego nie napisał. Może więc czytelnicy przypomną sobie o nim teraz, gdy do księgarni trafi jego pierwsza po 18 latach milczenia powieść „Kajomars".

Wykładowca filozofii na bydgoskim Uniwersytecie Kazimierza Wielkiego Grzegorz Grzmpt-Bilski wychowywał się na książkach Żwikiewicza: - Gdy byłem nastolatkiem, czytałem głównie Lema i Żwikiewicza. Potem poznałem Wiktora osobiście. Cieszył się uznaniem w środowisku pisarzy. Jeździł na konwenty, spotkania z literatami, zbierał nagrody. W ubiegłym roku zacząłem go odwiedzać w noclegowni dla bezdomnych.

Żwikiewicz powtarza losy biblijnego Hioba. Miał wiele: talent, sławę rodzinę, pieniądze. Wszystko stracił. Czy zostanie mu to zwrócone? Ze Żwikiewiczem umawiam się telefonicznie. Słuchawkę podniósł po pierwszym dzwonku.

- Ja w zasadzie nie udzielam wywiadów dziennikarzom - przerywa mi i po chwili sam zagaja: - Ma pani głos jak moja córka. W pierwszej chwili myślałem nawet, że to ona. Niech pani przyjdzie - zgodził się.
Mieszka na Osowej Górze. Wynajmuje pokój w domku jednorodzinnym.

W środku tylko podstawowe sprzęty Wersalka, stolik, krzesło i oczywiście komputer, bez którego nie mógłby żyć. - To moje królestwo - uśmiecha się z dumą.

Zakręcony geniusz

Urodził się 19 marca 1950 roku w Bydgoszczy. Wychował się w kamienicy przy ul. Krakowskiej. Z wykształceni jest technikiem geodetą. W zawodzie pracował przez pięć lat. Później był plastykiem zakładowym, aktorem i współ reżyserem sztuk w teatrze studenckim, tragarzem, drwalem w Bieszczadach i pomocnikiem archeologów.

Przede wszystkim jednak był pisarzem Pierwszą powieść napisał jeszcze w podstawówce. Na kilkunastu kartkach zeszytu w kratkę opowiedział o ekspedycji na Księżyc. O plazmie, która poznaje świat przez dotyk. Obleka sobą rozbite statki owija w kokon ludzi, by się ich nauczyć. Później napisał kilkadziesiąt opowiadań i cztery powieści.

Zadebiutował w 1971 r. na łamać „Młodego Technika" opowiadaniem „Zerwane ogniwo". Dwa lata później te periodyk przyznał mu drugą nagrodę.
- Pamiętam, jak odbierał wyróżnieni za opowiadanie „Na mlecznej drodze” - wspomina Maciej Parowski, redaktor naczelny „Fantastyki". - Przyjechał d Warszawy: spóźniony, beztroski, nie powiedział niemal nic. Zakręcony geniusz.

U schyłku lat 70. mówiło się o nim, i jest nadzieją polskiej literatury science fiction. Wówczas był bez wątpienia na większą osobowością. W najlepszych dla niego latach 70 napisał dwie sztuki teatralne nagrodzone w konkursie zorganizowanym przez Teatr Polski w Bydgoszczy: „Tania jatka czyli smętek pacyfistyczny" i „Bijcie brawo, obywatele".
30 lat temu otrzymał pierwszą nagrodę w konkursie ogólnopolskim za słuchowisko radiowe „W cieniu Sfinksa” W kolejnych latach wydał kilka tomików opowiadań, powieść „Druga jesień”, a w 1987 „Delirium w Tharsys”.

Ofiara gier komputerowych

Przestał pisać, bo pochłonęła go nowa pasja - komputer. Na początku lat 90. był fanem gier komputerowych.
Piotr Pieńkowski, były naczelny miesięcznika „Świat Gier Komputerowych":
- Pamiętam, że wpadał wtedy do redakcji mojego pisma. Był nałogowym graczem. Spędzał całe dnie przed komputerem. Wtedy praktycznie całkowicie zarzucił pisanie. Gdy już zdołaliśmy namówić go, by dokończył jakieś opowiadanie, wysyłaliśmy jego teksty do czasopism. Zwykle były to jakieś drobiazgi. Redakcje brały jego maszynopisy w ciemno. Nazwisko Żwikiewicza było jak magnes.

Zwykle jednak pisarz nie miał nic do zaoferowania redaktorom naczelnym, bo od rana do nocy pracował nad stworzeniem własnej gry fabularnej „Wieża świata". Niestety, nigdy jej nie ukończył. Niepowodzenie podłamało go. Później przyszły jeszcze problemy osobiste.
Wiktor Żwikiewicz niechętnie wspomina ten czas: - Nie mogłem sobie poradzić z własnym życiem.
Pewnego dnia wyszedł z domu. Za drzwiami zostawił żonę i trójkę dzieci. Nigdy już nie wrócił: - Nasz związek się rozpadł, nie mogliśmy już żyć pod jednym dachem. Z dziećmi: Zuzią, Małgosią i Pawłem spotykam się, gdy tylko to możliwe.

Odżył w redakcji

Marek K. Siwiec, bydgoski poeta, filozof, najbliższy przyjaciel Żwikiewicza: - Tak zaczęła się jego odyseja. Najgorszy czas Wiktora. Bezdomny, tułał się po ulicach.. Spał na klatkach schodowych, na dworcu, jak było ciepło, to w parku.
Piotr Pieńkowski: - W 2000 r., po latach, wpadł na kawę do redakcji „Świata Gier Komputerowych". I znowu został u nas kilka lat.
Bezdomność fatalnie odbiła się na jego zdrowiu. Miał problemy z kamieniami nerkowymi, ze wzrokiem. Ciągle nie dojadał, nie dosypiał, co chwila zanosił się kaszlem nałogowych palaczy. W redakcji odżył. Sprzyjała mu obecność ludzi. Stał się dobrym duchem zespołu. Miał dar wyzwalania w ludziach energii. Podsuwał pomysły, motywował ekipę do pracy.
Pieńkowski nie pamięta dokładnie, kiedy Żwikiewicz został członkiem zespołu redakcyjnego. - Wiktor był świetnym tekściarzem. Zatrudniłem go. Pisywał felietony. Nie zarabiał u nas dużo, ale wystarczało na kawę, bez której nie mógł się obyć, i na papierosy.

Pisarz dozorcą

W 2003 „Świat Gier Komputerowych" przestał się ukazywać. Żwikiewicz znowu został bez środków do życia.
Marek K. Siwieć: - Dnie spędzał w mieście. Noce? Pamiętam, jak kilkakrotnie odprowadzałem go do noclegowni na Zygmunta Augusta. Nie mogłem patrzeć na jego nędzę. Starałem się mu jakoś pomóc, ale jak pomóc komuś, kto tej pomocy nie chce?
Po kilku tygodniach bezdomności Żwikiewicz przypadkiem spotkał starego kumpla. Ten zaproponował mu lokum. Zamieszkał w pomieszczeniu gospodarczym przy remontowanym domu nad Brdą. Pełnił w nim funkcję dozorcy.
- Wyglądał wtedy na zadowolonego - wspomina Siwieć. - Miał pokój, łóżko, komputer. Mógł pisać całymi dniami. Ale czy pisał?
Wtedy już wszyscy przyjaciele wiedzieli, że Wiktora nie mozna zostawiać samego. Odwiedzali go systematycznie. Przywozili zapasy jedzenia, kawy, czasem coś do ubrania.
- Aż pewnego razu przyjechałem, ale nikt mi nie otworzyył. Kilka dni pozniej dowiedziałem się, że Wiktor musiał się wyprowadzić. Dozorca nie był już potrzebny - opowiada Siwiec.

Sylwester z bezdomnymi

Nowy Rok 2005 Żwikiewicz przywitał w schronisku dla bezdomnych mężczyzn na Fordońskiej. Po przeprowadzeniu wywiadu środowiskowego pracownicy postawili diagnozę: konflikt w rodzinie, chwilowy brak mieszkania spowodowany brakiem dochodu. Przebywał w schronisku od 28 października ubiegłego roku do 4 kwietnia 2005.
- Ciężki facet - wspomina go Maciej Zabielski, kierownik schroniska. - Oczekiwałem od niego współpracy, jak od wszystkich podopiecznych, ale nie doczekałem się. Denerwował się, gdy przeprowadzaliśmy standardowe czynności związane z zameldowaniem. Wściekał się, gdy pytaliśmy go o żonę, stan majątkowy, dochody. Zero subordynacji. Setki razy powtarzałem: „Panie Żwikiewicz, niech pan wreszcie zarejestruje się w Urzędzie Pracy, bo potrzebne są dokumenty do ubezpieczenia zdrowotnego". A on nic, nawet palcem nie ruszył. Zupełnie nie dbał o swoje sprawy bytowe. Uparcie powtarzał swoje: „Jestem pisarzem i nie będę chodził po urzędach za jakimiś kwitkami". W końcu machnąłem ręką. Udostępniłem mu pomieszczenie. Przywiózł swój komputer. Siedział przy nim całe noce. Bóg wie, co on tam robił. Czasem pewnie pisał, ale nieraz widziałem, że po prostu śpi. Sympatyczny był, ale dziwak. Włosy zawsze wiązał w kucyk, nosił przydługawy, wełniany sweter. Taki luzak. Pojawiał się i znikał. W kwietniu wyszedł i już nie wrócił. Nie wiem, gdzie jest.

Głaskanie garbatego

Od pół roku mieszka na Osowej Górze. - Składamy się co miesiąc na utrzymanie Wiktora- mówi jego przyjaciel Grzegorz Grzmot-Bilski. - Nie zawsze na wszystko starcza. Wiem, że czasem głoduje.
Marek K. Siwieć: - Od lat mobilizuję kilku przyjaciół, utrzymujemy go. Każdy daje, ile może. Pomoc przyjmuje nie tyle z chęcią, co raczej z braku wyboru.
- Wiem, że już nie dam rady wrócić do normalności - przyznaje Żwikiewicz. - Pięć lat żyłem poza społeczeństwem. Czuję, jakbym miał złamany kręgosłup. Przyjaciele chcą mi pomóc. Ale jedyne, co mogą zrobić, to przynieść jedzenie i picie. Chcieć mnie zmienić, to jakby głaskać garbatego, myśląc, że garb zniknie. - Odrzuciłem wszystkich. A oni zostali wbrew mej woli. Zawsze mnie znaleźli, zawsze nakarmili. Mądre chłopy.
Marek K. Siwiec ciągle po cichu wierzy, że on jeszcze stanie na nogi: - Stać go na to. Może dotąd spotykał niewłaściwych ludzi, może problemem jest jego trudny charakter. Ale to wszystko marginalia. Wiktor nie może być ogrodnikiem, czy dozorcą. Jest jednym z najlepszych pisarzy science fiction w kraju. Nie był, ale jest. Odrodzi się.

Czy „Kajomars" będzie hitem?

Maciej Parowski, redaktor naczelny „Fantastyki": - Żwikiewicz to pisarz wielkiego formatu. Swoim pisarstwem odszedł od fantastyki ściśle technicznej, prognostycznej. Przepuścił stare fabuły przez swą malarską osobowość. Zmienił jakość polskiej literatury science fiction. Zastąpił słodzik miodem. Jego powieści w latach 70., 80. odczytywano jako zapowiedź pisarstwa indywidualnego. Potem takiej fantastyki się namnożyło. Pojawił się Sapkowski, Ziemkiewicz. A Żwikiewicz zniknął.
Dlaczego zamilkł na 18 lat?
Pieńkowski: - Wydaje mi się, że po wydaniu „Delirium w Tharsys" przeżył kryzys twórczy. I nie podźwignął się. Pojawił się u niego barokowy, kwiecisty styl. To było dobre na jedną powieść, ale on wiedział, że musi pisać inaczej. W takich sytuacjach pisarz często nie ma wyjścia. By odzyskać formę, musi sobie zrobić przerwę.

Żwikiewicz zrobił. Później, jednak przyszły problemy życiowe: niepowodzenie z grą komputerową, rozstanie z rodziną, w końcu bezdomność. Nie miał warunków, by do literatury wrócić. Minęły lata, było coraz trudniej. Pogrążył się.
Marek K. Siwieć: - Ale nie można mówić o nim tak, jakby nie istniał. Pisze nieustannie. Wraca do formy. Można powiedzieć, że istnieje, ale w innym wymiarze. Mam nadzieję, że „Kajomars"- mimo że to utwory napisane przed laty - pomoże mu wypłynąć.
Pieńkowski jest tego samego zdania:
- Do dziś wielu ludzi mu sprzyja. Środowisko czeka na niego. O takich postaciach nie zapomina się do końca. Jestem przekonany: jeśli napisałby coś nowego i chciał to opublikować, wiele osób zrobiłoby to od ręki.
Parowski: - Zareagowalibyśmy na to jak stare konie na trąbę ułańską! Nawet gdyby nie napisał kolejnego arcydzieła, nawet gdyby czytanie jego książek miało być przyjemnością masochisty rynek by ją przyjął. Rozeszłaby się, przeczytano by ją. Ludzie go uwielbiają

Dziwka science fiction

Żwikiewicz już funkcjonuje jako pisarz legenda.
- Dołączył do grupy twórców przeklętych, tych, którzy noszą w sobie jakiś fatalizm - mówi naczelny „Fantastyki". - W szeregach literatów stoi mnóstwo straceńców. Biografia Żwikiewicza ilustruje dramat niedopasowanią do świata.
Wiktor Żwikiewicz mówi, że w literaturę nie wierzy: - Bycie pisarzem mi obrzydło. Lepiej być kucharzem – kpi z samego siebie.
Nie ma dobrego zdania o współczesnej literaturze science fiction: - Dziś gatunek ten zbacza na manowce, przypomina dziwkę w pełnym makijażu. W konsumpcji słodką, jednak po zdarciu wierzchniej warstwy wywołując efekt wymiotny.


Wiktor Żwikiewicz debiutował w 1971 roku opowiadaniem „Zerwane ogniwo". Pięć lat później wydał pierwszy tom nowel „Podpalacze n nieba". Jego utwory ukazywały się w takich y czasopismach jak Nurt, Problemy, Przegląd LolMBB Techniczny oraz w almanachach: Kroki w nieznane, Wołanie na Mlecznej Drodze, Wehikuł wyobraźni i Gość z głębi. Pozostałe publikacje książkowe to: zbiory opowiadań: „Happening w oliwnym gaju" (1977), „Sindbad na RQM-57" (1978) oraz powieści: „Druga jesień" (1982), „Imago" (1975), „Ballada o przekleństwie" (1986), „Delirium w Tharsys" (1987). Jest autorem ilustracji i okładek do swoich książek. Jego utwory były tłumaczone na język bułgarski, czeski, niemiecki, rosyjski, słowacki, węgierski. W 1979 r. założył Bydgoski Klub Miłośników Fantastyki „Maskon".

Komentarze do notki Wiktor Żwikiewicz story

  1. lionesss powiedział(a):

    Ciekawie, nawet dla osoby nieznającej
    "głównego bohatera" notatki. Osobiście.
    Zmusza do refleksji.
    Troszkę zbyt obnaża postać pana Żwikiewicza. Czy miał on możliwość zrecenzować ten tekst przed publikacją w sieci?

  2. jotka powiedział(a):

    Cóż, może właśnie taka jest cena posiadania prawdziwego talentu i 'artystycznego ducha'.
    Bycie artystą to nie posada, a bohema to nie firma.

    PS
    Pamiętam, jak czytałem "Imago". Jak objawienie.

  3. Megaloxantha powiedział(a):

    Ja nadal wierzę w pana Wiktora. Jego dzieła są fenomenalne, jedyne w swoim rodzaju.

  4. Imago powiedział(a):

    Zupełnie przypadkiem trafiłem na "Imago" Żwikiewicza na początku lat 90tych, kiedy jeszcze raczkowałem jako czytelnik s-f. Książka zmiażdżyła mnie i sponiewierała totalnie. Do tej pory nie napotkałem wielu pisarzy, którzy by mnie tak poruszyli. Żwikiewicz to połączenie Schulza, Witkacego i Stanisława Lema, choć i takie porównanie z pewnością nie oddaje jego stylu. Nie mogłem później zrozumieć dlaczego o tak wyśmienitym pisarzu w ogóle się nie mówi, nie pisze, nie dyskutuje. Bardzo bym chciał powrotu do formy tego wyśmienitego autora. Polska fantastyka dzięki niemu z pewnością nabrałaby większego blasku.

  5. crate powiedział(a):

    Tak, Delirium...,Imago i Druga jesien to wspaniale ksiazki.
    Panie Wiktorze,czekamy na pana!

Dodaj komentarz: