Przerwa urlopowa
28 października 2006, 10:26:43
Do 5 listopada.
Jak na płytę z roku 1969 to brzmi to naprawdę dobrze. I to nie tylko jeżeli chodzi o produkcję - bo tu jest już średnio - ale przede wszystkim kompozycje. Są naprawdę ciekawe, momentami nawet melodyjne (ups, co za dziwne określenie), a zajmujący całą drugą stronę winylu Yoo Doo Right to prawdziwie wciągający odjazd - perkusista daje czadu niesamowicie - gitarzysta zresztą też. Naprawdę dobry debiut. No i ta genialna okładka - mechy rządzą!!
Straszliwe nudziarstwo - dużo długich dźwięków syntezatorowych pełnych patosu - nudy okropne. Jedynie utwór tytułowy jest z początku ciekawy (pierwsze 10 minut), ale potem też się robi nudny. Przyjemne są jedynie brzmienia klawiszy - baaardzo analogowe. Aż boję się sięgać po wcześniejsze płyty TD - pewnie też straszliwie nudne. Ale może zaryzykuję.
Tago Mago oryginalnie ukazało się na dwóch płytach winylowych. Wykorzystam ten podział: winyl pierwszy jest świetny, drugiego nie da się słuchać. Tak po prostu. Na drugim mamy trzy utwory, w tym dwa to jakieś naćpane lub pijackie kompozycje - zero sensu i przyjemności ze słuchania. Jedynie trzeci utwór jest jaką/taką piosenkę, z niezłą partią gitary akustycznej. Ale lepiej by było, gdyby Can darowało sobie te wygłupy. Natomiast pierwszy winyl jest super. Szczególnie rzuca sie na uszy ponad 18-minutowy kawałek Halleluwah - z hipnotycznym, zakręconym rytmem perkusji, fajnym basem, ciekawym wokalem - bardzo wciągający. Pierwsze trzy utwory też pomyślane zostały jako całość - łączą się ze sobą. Wszystkie są bardzo transowe, ze skomplikowaną perkusją, fajnym basem i melodyjnymi wokalami. Niezła jazda.
Ambientowa składanka w sam raz dla fanów Banco de Gaia i wytwórni Liquid Sound Design. Dużo naleciałości muzyki wschodu, ale na szczęście nie za dużo. Niestety całość jest na początku miła, ale potem dość nużąca. Pomimo faktu, że mamy tu wielu różnych wykonawców, to wszystkie kawałki zlewają się w jedną całość. Raz można przesłuchać, potem wraca się do pojedynczych utworów. Na tło idealne.
A tutaj mamy sporo łagodnych dźwięków. Utwór tytułowy to taki ładny ambiencik, z delikatną partią gitary, cichym śpiewem i czymś, co przypomina drum'n'bass, pod sam koniec utworu (ha, Can wynalazł d'n'b w 1973 roku!!). Reszta utworów też jest spokojna - Moonshake to nawet taka zwykła piosenka. Na koniec mamy prawie 20-minutowy Bel Air - powoli rozwijający się, pełen odgłosów natury, z ciekawą perkusją i niezłym śpiewem. Ta płyta bardzo mi się podoba.
Całkiem niezły kawałek mrocznego ambientu. A właściwie teraz nazywamy to ambient, a wtedy (w 1975 roku) pewnie nazywano to inaczej... W każdym razie słucha się przyjemnie - dwie części jednego utworu. O dziwo, pierwsza część jest dużo ciekawsza od drugiej - jakoś fajniejsza konstrukcja, ładniejsze dźwięki i w ogóle. Słucha się przyjemnie, o ile ktoś lubi kosmiczne dźwięki... A ja lubię.