
A tutaj mamy sporo łagodnych dźwięków. Utwór tytułowy to taki ładny ambiencik, z delikatną partią gitary, cichym śpiewem i czymś, co przypomina drum'n'bass, pod sam koniec utworu (ha, Can wynalazł d'n'b w 1973 roku!!). Reszta utworów też jest spokojna -
Moonshake to nawet taka zwykła piosenka. Na koniec mamy prawie 20-minutowy
Bel Air - powoli rozwijający się, pełen odgłosów natury, z ciekawą perkusją i niezłym śpiewem. Ta płyta bardzo mi się podoba.
Ta notka została wysłana 14 października 2006 o 20:42:19.
Możesz przejść na koniec i zostawić komentarz.
14 października 2006 o 22:57:59
Can nie grali "niewiadomoczego" ale Krautrock - najrepetytywniejszą z muzyk - rozpoczęty o ile się nie mylę przez Faust, też godny polecenia i adnotacji;
z ich dyskografii najbardziej mi styka Tago Mago, ma ten popieprzony muchomorowy klimat;
a tytuł piosenki Moonshake z Future Days posłużył jako nazwa pewnemu angielskiemu zespołowi z lat '90, polecam ich płytę Eva Luna;
15 października 2006 o 16:20:18
No tak, krautrock. Ale spotkałem się z określeniem, że Tangerine Dream i Keaftwerk to też krautrock - a raczej nie wrzucałbym ich do jednego worka gatunkowego. W każdym razie fajne granie.