Tago Mago oryginalnie ukazało się na dwóch płytach winylowych. Wykorzystam ten podział: winyl pierwszy jest świetny, drugiego nie da się słuchać. Tak po prostu. Na drugim mamy trzy utwory, w tym dwa to jakieś naćpane lub pijackie kompozycje - zero sensu i przyjemności ze słuchania. Jedynie trzeci utwór jest jaką/taką piosenkę, z niezłą partią gitary akustycznej. Ale lepiej by było, gdyby Can darowało sobie te wygłupy. Natomiast pierwszy winyl jest super. Szczególnie rzuca sie na uszy ponad 18-minutowy kawałek
Halleluwah - z hipnotycznym, zakręconym rytmem perkusji, fajnym basem, ciekawym wokalem - bardzo wciągający. Pierwsze trzy utwory też pomyślane zostały jako całość - łączą się ze sobą. Wszystkie są bardzo transowe, ze skomplikowaną perkusją, fajnym basem i melodyjnymi wokalami. Niezła jazda.
Ta notka została wysłana 16 października 2006 o 17:32:03.
Możesz przejść na koniec i zostawić komentarz.