
Płyta będąca hołdem dla pionierów techno (Detroit, te sprawy). Muzycznie jest całkiem przyjemnie - dużo długich, głębokich dźwięków, większość utworów to albo jakieś trip-hopowo-podobne rzeczy (
Cycles d'Oppositions, Downfall, Communication from the Lab, City Sphere), albo house (
Greed, The Man with the Red Face, Dangerous Drive) albo jakieś inne syntezatorowe rzeczy (
The Sound of the Big Babou). Jest bardzo klimatycznie, Garnier osiągnął tutaj swój własny styl. Jednakże ten album nie byłby tym, czym jest, gdyby nie jeden, słynny utwór:
The Man with the Red Face. Opatrzony rewelacyjnym teledyskiem i genialną partią saksofonu, przez 9 minut czaruje super-niskim basem, monotonnym rytmem i świetnymi klawiszami. Po prostu arcydzieło. Dla tego kawałka warto sięgnąć po resztę - która też jest bardzo dobra.
Ta notka została wysłana 28 marca 2007 o 15:53:05.
Możesz przejść na koniec i zostawić komentarz.
28 marca 2007 o 20:32:59
Kompletne badziewie, muzyczna kompromitacja, jest to tak ambitne jak szambo-performance. Francuzi to jednak całkowita dekadencja, ich kultura to tylko potwierdza!!!!!!!!!!!! Te dzwięki są tak głębokie, jak głęboka jest świadomość w głowie Paris Hilton, okładka potwierdza zawartość płyty - monstrualna, obciachowa paranoja!!!!!! Nie polecam!