VNV Nation - Judgement

27 kwietnia 2007, 11:47:44
Specjalnie na życzenie użytkownika o ksywie Time, nieustającego w propagowaniu współczesnego electro-popu, opis najnowszej płyty VNV Nation.

Zaczyna się przyjemnie, łagodnym ambientowym kawałkiem Prelude. A dalej już jest z górki - większość utworów brzmi tak, jakby panowie nie zauważyli, że lata 80-te się dawno skończyły. Cóż, taka formuła. Na szczęście nie jest tak źle - produkcja jest bardzo klarowna, brzmienia czasami nowoczesne, a melodie dość chwytliwe, zwłaszcza przypadł mi do gustu w tym względzie utwór Nemesis - fajny refren. Gorzej ze spokojnym utworami w stylu Illusion czy Secluded Spaces - ckliwe i pompatyczne to niemiłosiernie. Natomiast jest tutaj jedna super perełka - Momentum - kawałek jakby żywcem wyjęty z repertuaru Underworld - mocny beat, dużo kwasu i mroczny wokal. Świetny utwór.

Ellen Allien - Berlinette

27 kwietnia 2007, 11:41:02
Ellen Allien to szanowana DJ-ka i właścicielka sporej wytwórni Bpitch Control. Album Berlinette zawiera dość dziwną muzykę - po części jest to po prostu elektronika z dodatkiem house'u i electro. Prawie wszystkie kawałki zostały okraszone śpiewem Ellen (zauważyłem, że jeżeli kobieta bierze się za granie elektroniki to prawie zawsze do tego śpiewa). Muzyka jest dziwna, gdyż pełna zgrzytów, załamań rytmu i kąśliwych dźwięków. Nie za bardzo przypada mi to do gustu, chociaż muszę wyróżnić 3 utwory: Alles Sehen jest ładną piosenką, choć lekko pojechaną, natomiast Open i Sehnsucht to bardzo fajny house'y. Ale ogólnie to raczej ciężkostrawna płyta.

Miss Kittin - Mixing Me

27 kwietnia 2007, 10:31:02
Bardzo fajny miks utworów i remiksów z debiutanckiej płyty Miss Kittin, dokonany przez nią samą. Właściwie to mini-album (całość trwa ok. 33 minuty), ale słucha się tego bardzo przyjemnie. Mamy tutaj głównie house'y i trochę electro. Całość zmiksowano zawodowo. Właściwie ciężko wyróżnić jakiś kawałek, bo wszystkie są bardzo dobre, no, może jedynie miks LFO odstaje trochę od reszty - jest trochę zbyt zwariowany i hałaśliwy. A reszta wchodzi gładko.

Przegląd muzyki XXI wieku

26 kwietnia 2007, 21:34:19
W czerwcu ubiegłego roku zrobiłem sobie mały przegląd płyt powstałych po 2000 roku, nagranych głównie przez artystów tworzących dopiero w XXI wieku. Odkryłem wtedy paru świetnych wykonawców i ogólnie cała ta akcje sprawiła mi sporo frajdy. A ponieważ pogoda działa na mnie wyjątkowo stymulująco, to może zafundował bym sobie powtórkę z rozrywki? Już mam kilkunastu kandydatów: Ellen Allien, Thomas Schumacher, Si Begg, Heiko Laux, Solvent, Hakan Lidbo, ISAN, VNV Nation, Assemblage 23, Soulwax... Może być fajnie...

Front 242 - 06:21:03:11 Up Evil

24 kwietnia 2007, 11:29:13
Front 242 to legenda electro-popu, EBM czy też jak go tam zwał. W każdym razie jest to elektroniczna muzyka, czasami z gitarami, mroczna, z histerycznym lub niskim wokalem (oczywiście nie zawsze). Przedstawiciele: np. Depeche Mode czy Covenant. I wszystko jasne.

Ta płyta ukazała się w 1993 roku i stanowiła (podobno) sporo zmianę w muzyce grupy. Otóż płyta 06:21:03:11 Up Evil jest po prostu industrialna - dużo ostrych gitar, mocnych beatów, szybkich temp. Słucha się tego nawet nieźle, ba, są tutaj nawet utwory bardzo dobre - przede wszystkim Stratoscape - nastrojowy kawałek, z bardzo niskim, pulsującym basem i fajną melodią; super mocny Flag z damskim wokalem i kończący płytę, prawie balladowy Mutilate, z fajnymi klawiszami. Reszta już jest średnia, ale każdy kawałek ma melodyjny refren, ciekawe brzmienia syntezatorów i gitary. Minusem płyty jest produkcja - po prostu wszystko jakby płaskie, na tym samym poziomie, nic nie uwypuklone. Czasami, jak w Crapage, denerwuje to mocno.

The Egg - Albumen

22 kwietnia 2007, 11:09:51
The Egg to czterech facetów grających głównie instrumentalną muzykę (w trzech utworach jest śpiew) o lekko jazzowym zabarwieniu, inspirowaną muzyką taneczną. Jest więc dynamicznie, groove'ująco, melodyjnie i doprawdy świetnie!! Doskonały album!! Jak dotąd nagrali tylko trzy płyty, a ta jest pierwsza, z 1996 roku. Bardzo mi się podoba: rewelacyjna perkusja, wciągający bas, dużo solówek klawiszowych, funkująca gitara - po prostu coś czaderskiego. I tylko czasami przeszkadza mi trochę brak pomysłów - jak dla mnie, fana długich utworów, niektóre kawałki są po prostu za długie (Sunglasses, Jam Tomorrow) - muzykom jakby w połowie zaczyna brakować pomysłów. Irytuje mnie także czasem zapętlenie motywów fortepianowych (jak w Bend czy Jam Tomorrow). Ale ogólnie jest super, szczególnie 2 pierwsze utwory i 3 ostatnie - miodzio na maksa. Jak ktoś lubi instrumentalną, fajną muzykę z dobrą sekcją i ciekawymi klawiszami to polecam.

Przeczytane - Łukasz Orbitowski: Tracę ciepło

21 kwietnia 2007, 19:08:47
Książka składa się z trzech części: pierwsza jest rewelacyjna, druga niezła, a trzecia bez sensu. Całość to trzy przygody z życia Kuby, głównego bohatera, mieszkającego od dzieciństwa w Krakowie i od pewnego czasu widującego duchy. Właściwie to odczucia mam podobne jak przy Świecie Nura - początkowo dobre, ale końcówka spieprzona cacy... Najlepiej, gdyby książka składałaby się wyłącznie z części pierwszej - o przygodach bohatera w podstawówce. Wtedy byłaby to bardzo dobra pozycja, choć krótka. No i tytuł jest okropny - nie wiadomo o czym, nie wiadomo po co... Szkoda, bo autor pisze bardzo dobrze i sprawnie, czyta się to nieźle, pomimo drobnych błędów w historii i topografii Krakowa (przy ul. Szerokiej nigdy nie było Muzeum Etnograficznego) i pomimo czasami czytelnych inspiracji (np. powiedzonka Konrada prawie żywcem przeniesione z komiksu Wilq). Poza tym nie lubię horrorów - czasami sceny humorystyczne kontrastowały z makabreską.

Z drugiej strony - czytając pierwszą część książki cały czas czułem się tak, jakbym czytał opowiadanie o sobie... Autor to prawie mój rocznik, obaj jesteśmy z Krakowa, ja wychowałem się jakiś kilometr od miejsca zamieszkania bohatera, miałem podobne problemy w szkole (choć nie tak drastyczne), chodziłem po tych samych miejscach, pamiętam te same szczegóły. Może dlatego ta pierwsza część powieść tak bardzo mi się podoba. Chociaż fabularnie też jest dobra...

Przeczytane - Isaac Asimov: Preludium Fundacji

19 kwietnia 2007, 09:02:03
Książka opowiadająca o wczesnym życiu Hariego Seldona, założyciela Fundacji. Mniej więcej coś łączącego Roboty i Imperium oraz Fundację. W każdym razie na to liczyłem i trochę się zawiodłem - mało jest o robotach. Więcej biegania, uciekania i gadania. Oczywiście opisy światów są fascynujące i dowodzące wielkiej wyobraźni autora, ale czuję jakiś niedosyt. Ale i tak sięgnę po ostatnią część serii, czyli Narodziny Fundacji - w końcu czyta się to bardzo fajnie, takie sympatyczne sci-fi.

Nine Inch Nails - Year Zero

17 kwietnia 2007, 09:07:40
Niespodziewanie szybko Reznor przygotował nową płytę - wcześniej poszczególne płyty dzieliło co najmniej 5 lat, a teraz już po dwóch możemy cieszyć się nowymi nagraniami NIN. No właśnie - cieszyć się. Po słabej płycie With Teeth, Trent postanowił powrócić do korzeni - do okolic The Downward Spiral. Jest tutaj zdecydowanie elektronicznie, głośno, agresywnie... Naprawdę dobra płyta, nie ma na niej tyle wypełniaczy co na poprzedniej. Utwory są co prawda dość krótkie, jest ich trochę za dużo, ale słucha się przyjemnie. Można trafić na coś naprawdę mocnego (Vessel, The Great Destroyer), coś nastrojowego (Another Version of the Truth, The Greater Good), coś dynamicznego (Hyperpower!, My Violent Heart). Parę utworów jest rewelacyjnych (Vessel, Hyperpower!, Me, I'm Not, The Greater Good, Zero-Sum), parę dobrych (The Good Soldier, Another Version of the Truth, Capital G), a kilka też słabych (The Beginning of the End, The Great Destroyer). Ale całościowo - naprawdę nieźle...

Porcupine Tree - Fear of a Blank Planet

16 kwietnia 2007, 20:46:05
No i jest w końcu nowy album Porcupine Tree. Nie za długi (ok. 50 minut), tylko 6 utworów, jeden ma prawie 18 minut. I niestety... jest nudny jak nie wiem co. Naprawdę, wszystko brzmi jak rzeczy, które nie weszły na poprzednią płytę, Deadwing. Na początek "przebój" czyli utwór tytułowy - przypomina trochę Blackest Eyes, trochę Lightbulb Sun, najpierw jest dynamicznie, potem spokojnie - taki sobie wstęp - właściwie nic po nim nie zostaje. Potem wyjątkowo kiczowata ballada My Ashes - smyczki są po prostu okropne, rodem z najgorszych ballad popowych (nie, żebym miał coś do popowych ballad). Następnie magnum opus płyty - Anesthetize. 18 minut. Zaczyna się nawet nieźle (podobnie do Choloroform - czemu tutaj każdy utwór przypomina jakiś z wcześniejszych lat?). Rozwija się powoli, mamy gościnną solówkę Aleksa Lifesona z Rush, potem niestety, następuje grad riffów, z czego jeden jest wyjątkowo paskudny i psuje nawet miły nastrój. Ostatnie 5 minut to takie wyciszenie - moim zdaniem całkowicie zbędne, nie pasujące do reszty. Ogólnie to coś podobnego w konstrukcji Arriving Somewhere but not Here, tylko bardzo chaotyczne. Potem jest kolejna ballada Sentimental. Rzeczywiście sentymentalna i banalna (gdzie te czasu, kiedy Always Never wywoływało ciarki na plecach). Na szczęście sytuację ratuje trochę końcówka. Way Out of Here (z gościnnym udziałem Robert Frippa, którego właściwie wcale nie słychać) jest nawet fajne i trochę mniej banalne niż reszta, chociaż kanonada bębnów i riffów pod koniec trochę psuje utwór. Na końcu najbardziej nietypowy kawałek, Sleep Together. Niestety wykorzystano w nim tak fatalnie brzmiący motyw syntezatorowy, że aż przykro go słuchać. Ale ogólnie da się tego słuchać i nawet pozostawia przyjemne wrażenie. Całość jednak nie przekonuje i mało co pozostaje w głowie. Porcupine Tree podążają równo w dół...
Wcześniejsze wpisy      Nowsze wpisy