
No i jest w końcu nowy album Porcupine Tree. Nie za długi (ok. 50 minut), tylko 6 utworów, jeden ma prawie 18 minut. I niestety... jest nudny jak nie wiem co. Naprawdę, wszystko brzmi jak rzeczy, które nie weszły na poprzednią płytę,
Deadwing. Na początek "przebój" czyli utwór tytułowy - przypomina trochę
Blackest Eyes, trochę
Lightbulb Sun, najpierw jest dynamicznie, potem spokojnie - taki sobie wstęp - właściwie nic po nim nie zostaje. Potem wyjątkowo kiczowata ballada
My Ashes - smyczki są po prostu okropne, rodem z najgorszych ballad popowych (nie, żebym miał coś do popowych ballad). Następnie magnum opus płyty -
Anesthetize. 18 minut. Zaczyna się nawet nieźle (podobnie do
Choloroform - czemu tutaj każdy utwór przypomina jakiś z wcześniejszych lat?). Rozwija się powoli, mamy gościnną solówkę Aleksa Lifesona z Rush, potem niestety, następuje grad riffów, z czego jeden jest wyjątkowo paskudny i psuje nawet miły nastrój. Ostatnie 5 minut to takie wyciszenie - moim zdaniem całkowicie zbędne, nie pasujące do reszty. Ogólnie to coś podobnego w konstrukcji
Arriving Somewhere but not Here, tylko bardzo chaotyczne. Potem jest kolejna ballada
Sentimental. Rzeczywiście sentymentalna i banalna (gdzie te czasu, kiedy
Always Never wywoływało ciarki na plecach). Na szczęście sytuację ratuje trochę końcówka.
Way Out of Here (z gościnnym udziałem Robert Frippa, którego właściwie wcale nie słychać) jest nawet fajne i trochę mniej banalne niż reszta, chociaż kanonada bębnów i riffów pod koniec trochę psuje utwór. Na końcu najbardziej nietypowy kawałek,
Sleep Together. Niestety wykorzystano w nim tak fatalnie brzmiący motyw syntezatorowy, że aż przykro go słuchać. Ale ogólnie da się tego słuchać i nawet pozostawia przyjemne wrażenie. Całość jednak nie przekonuje i mało co pozostaje w głowie. Porcupine Tree podążają równo w dół...