Tydzień z życia wyjęty
24 czerwca 2007, 10:00:19
Przez tydzień będę odcięty o netu, więc nic na napiszę na blogu. Akurat mam wzięte takie coś na "u" i będę siedział na wsi... Opalenizna zapewniona.
Zrobiło się gorąco, więc powracam do słuchania ciężkiej muzy. Mój kumpel kiedyś mnie mocno katował Nomeansno - był nawet na ich koncercie w Polsce. Koncert był podobno świetny, a najciekawszy patent wydarzył się pod jego koniec. Z zespołem grało dwóch perkusistów i pod koniec ostatniego utworu techniczni zaczęli rozbierać perkusję, na której muzyk wciąż jeszcze grał! Podobno dało to komiczny efekt.
Płyta prawie taka sama jak debiut KC. Prawie taki sam układ utworów, podobne brzmienia. Ale, prawdę mówiąc, lubię ją bardziej niż In the Court of the Crimson King. Jest bardziej spójna, ma prześliczną balladę w środku (Cadence and Cascade), no i zamiast super nudnego Moonchild, jest doskonały, monumentalny The Devil's Triangle. Także kopia Schizofrenika, czyli Pictures of a City, jest całkiem dobre, dynamiczne, połamane (choć jednak słabsze), a kopia Epitaph, czyli tytułowy, ma świetne brzmienie melotronu i genialne zakończenie, kiedy perkusja gra, melotron buduje coraz potężniejsze dźwięki i czuje się patos. Jedynie utwór Cat Food nie ma swojego odpowiednika na słynnej pierwszej płycie KC. Jest to niejako zapowiedź następnej płyty, Lizard - jest jazzowo, fortepianowo, wesoło - ciekawie. Jedynie miniaturka Peace, rozbita na trzy części, wydaje mi się zbędna - nie wnosi nic nowego, jest tylko takim sobie przerywnikiem. Świetna płyta.
Za co NIE lubię Franka Zappy? Za kabaret, za wygłupy, za debilne teksty, za przedkładanie zabawy nad sztukę. Za co lubię Franka Zappę? Za solówki, oczywiście!! Poza tym miał parę ciekawych patentów - wtedy, kiedy się nie wygłupiał. No i dał pośpiewać Adrianowi Belew, zwłaszcza na tej płycie. Sheik Yerbouti zawsze jakoś tak mi się podobała. Przede wszystkim za absolutnie doskonały kawałek ostatni: Yo' Mama, okraszony arcygenialną solówką na gitarze, oraz fantastycznymi klawiszami... Frank sobie gra, gra (na cudownym podkładzie syntezatora) i nagle bum! Wchodzą klawisze, sekcja i robi się wspaniale - aż do powrotu wokalu. Absolutne mistrzostwo świata. Ale poza tym mamy też świetne utwory typu City of Tiny Lites (z Belew na wokalu), ze świetną, instrumentalną wstawką, kiedy wchodzą solówki; przebój Bobby Brown Goes Down - naprawdę chwytliwy; Rat Tomago - jedna długa solówka, ale za to jaka! aż ciarki przechodzą; o dziwo, zabawny kawałek I Have Been in You, czy też pastisz disco Dancin' Fool (też przebój, co w przypadku Zappy jest rzadkością). Ogólnie - jedna z fajniejszych płyt FZ, choć, niestety, nie pozbawiona kabaretu...
Całkiem sympatyczna inicjatywa Billa Laswella - Miles Davis zremiksowany. Remiksów jest tylko 5, z czego tylko jeden jest jazzowy (ponad 16-minutowy miks Billa Laswella), dwa są drum'n'bass'owe (Doc Scott, Jamie Myerson), jeden trip-hopowy (DJ Cam), a jeden house'owy (King Britt i Phillip Charles). Słucha się tego bardzo przyjemnie (choć chętnie wywaliłbym nudny miks DJ'a Cama), rzecz jest nawet dość urozmaicona i przyzwoicie zaaranżowana. Szkoda tylko, że taka krótka - zaledwie 43 minuty muzyki.