
Co może wyjść z kolejnej kolaboracji Orba z innymi muzykami, tym razem z Youthem i Timem Branem (z Dreadzone)? Ano, niestety, nic ciekawego. Najgorsze są kawałki nagrane z Timem Branem - wszystkie brzmią niczym Dreadzone z lekkim dodatkiem sampli Patersona (
The Truth Is..., Lost & Found, Mother Nature, High Noon). W dodatku większość kawałków zawiera męski (typowo regałowy) lub żeński głos (to już lepiej wypada). No i większość jest dubowa. Niestety, dubowa na modłę Dreadzone'ową (czyli taki wpadający w ucho, melodyjno-popowy dubik), a nie Orbową. Na szczęście jest parę wyjątków (
A Beautiful Day, znośny
DDD (Dirty Disco Dub)). Dużo lepiej wypadają kawałki nagrane z Youthem, nawet te z wokalem (
Vuja De), ale zwłaszcza te instrumentalne (np. dubowy, ale na modłę Orbową,
Codes, z gościnną gitarą Steve'a Hillage'a - utwór ten znalazł się też na składance
The Art of Chill 4), przy czym całkowicie wyróżnia się absolutnie genialny i totalnie Orbowy utwór
Orbisonia - ambient pełną gębą, ze świetnym podkładem i fantastycznymi samplami. Rewelacja, taka powinna być cała płyta. Naprawdę bardzo dobry jest też utwór tytułowy - ambientowy, z powolnym rytmem, świetnymi samplami... Szkoda jednak, że cała płyta nie poszła w tym kierunku - Paterson musiał dodać te Dreadzone'owe badziewia (w wersji japońskiej dodany jest jeszcze jeden kawałek w tym stylu...).
Ta notka została wysłana 05 października 2007 o 22:01:31.
Możesz przejść na koniec i zostawić komentarz.