
Przeczytałem parę dni temu (nie znając jeszcze płyty)
recenzję na 7kettles.com i trochę się zasmuciłem - Łukasz zjechał płytę ostro. Nie dałem jednak za wygraną i sam zapoznałem się z czwartym album panów z TMV i nie jestem zawiedziony. Wręcz przeciwnie - im częściej słucham tej płyty, tym bardziej mi się podoba. Omar Rodriguez-Lopez i Cedric Bixler-Zavala po raz kolejny udowodnili, że tworzą muzykę przez duże M. Zgadzam się jedynie z jednym zarzutem Łukasza: płyta faktycznie jest trochę męcząca - brak tutaj jakichś spokojniejszych fragmentów, jakiegoś wyciszenia przez parę minut (najlepiej coś jak
Televators czy
Asilos Magdalena z poprzednich płyt). Jedyna (powiedzmy, że) ballada
Tourniquet Man jest krótka i w dodatku mocno psychodeliczna (te zniekształcenia pod koniec utworu). Słuchanie całości naraz może być ciężkim zadaniem - zwłaszcza, że album trwa ponad 75 minut.
Idealnym rozwiązaniem jest słuchanie poszczególnych utworów osobno, a nie jednym ciurkiem. Wtedy pokazują one swoje wspaniałe wnętrze. Każdy kawałek skrzy się od pomysłów, ciekawych zmian rytmów, nastrojów i melodii (do czego TMV już dawno nas przyzwyczaili), czasem dostajemy fajny funk (
Goliath), czasami mocno arabskie motywy (
Soothsayer), czasem ciekawy podział rytmiczny (
Cavalettas), czasem potrafią zaskoczyć mocno prostym riffem (
Ouroborous)... Momentami słychać mocno echa płyty
Frances the Mute (końcówka
Aberinkula), czasem płyty
Amputechture (końcówka
Goliath). Dzieje się tutaj mnóstwo i to jest zarówno największa zaleta płyta, jak i jej największa wada. Tak jakby twórcy chcieli jak najwięcej pomysłów zamieścić za jednym zamachem, co powoduje często lekki chaos dźwiękowy. To nie jest płyta na jedno przesłuchanie, trzeba ją zgłębiać powoli i wiele razy.
Na tym albumie debiutuje nowy perkusista grupy, Thomas Pridgen, młody chłopak, który już zdążył zdobyć wiele różnistych nagród. I słychać, że zasłużenie dostał te nagrody. Gość gra, jakby miał 10 rąk!! Momentami jest po prostu niesamowity!! To był naprawdę dobry wybór. Oczywiście czasami też gość przesadza (jak w
Wax Simulacra, gdzie gra po prostu z prędkością światła, choć spokojnie mógłby trochę przystopować). Pewnie na koncertach daje nieźle czadu... Świetna płyta.
PS. To drugi album z tego roku poznany przeze mnie. Ciekawe ile ich będzie...