Kids for Tomorrow - The Deployer EP

30 stycznia 2008, 21:47:23
Dzisiaj coś do posłuchania dla każdego. Tą EPkę można ściągnąć za darmo ze strony wytwórni. Zdecydowanie polecam. Pod szyldem Kids for Tomorrow kryje się dwóch panów: nieznany mi William Mempa, oraz znany mi bardzo dobrze Andrew Reichel, od pewnego czasu nagrywający pod szyldem Gel-Sol - nagrał dwie genialne płyty, opisane przeze mnie tu i tu. Jako Gel-Sol Andrew gra bardzo fajny ambiencik spod znaku Orba z okresu płyty Orblivion, choć dodaje do tego sporo od siebie. Jako Kids for Tomorrow tych dwóch panów nagrało kolejny świetny kawałek ambientu - pełny długich utworów, świetnych brzmień, sympatycznych sampli, miłych motywów, a nawet żeński wokal w Back to Helix. Momentami jest mroczno (zwłaszcza w Esto Perpetua), momentami przyjemnie (Flasc - utwór bardzo przypominający dokonania Gel-Sol), a całościowo słucha się tego miło. EPka nie jest za długa (zaledwie 43 minuty, prawie jak album), więc naprawdę zachęcam do ściągania.

The Mars Volta - The Bedlam in Goliath

28 stycznia 2008, 20:18:56
Przeczytałem parę dni temu (nie znając jeszcze płyty) recenzję na 7kettles.com i trochę się zasmuciłem - Łukasz zjechał płytę ostro. Nie dałem jednak za wygraną i sam zapoznałem się z czwartym album panów z TMV i nie jestem zawiedziony. Wręcz przeciwnie - im częściej słucham tej płyty, tym bardziej mi się podoba. Omar Rodriguez-Lopez i Cedric Bixler-Zavala po raz kolejny udowodnili, że tworzą muzykę przez duże M. Zgadzam się jedynie z jednym zarzutem Łukasza: płyta faktycznie jest trochę męcząca - brak tutaj jakichś spokojniejszych fragmentów, jakiegoś wyciszenia przez parę minut (najlepiej coś jak Televators czy Asilos Magdalena z poprzednich płyt). Jedyna (powiedzmy, że) ballada Tourniquet Man jest krótka i w dodatku mocno psychodeliczna (te zniekształcenia pod koniec utworu). Słuchanie całości naraz może być ciężkim zadaniem - zwłaszcza, że album trwa ponad 75 minut.

Idealnym rozwiązaniem jest słuchanie poszczególnych utworów osobno, a nie jednym ciurkiem. Wtedy pokazują one swoje wspaniałe wnętrze. Każdy kawałek skrzy się od pomysłów, ciekawych zmian rytmów, nastrojów i melodii (do czego TMV już dawno nas przyzwyczaili), czasem dostajemy fajny funk (Goliath), czasami mocno arabskie motywy (Soothsayer), czasem ciekawy podział rytmiczny (Cavalettas), czasem potrafią zaskoczyć mocno prostym riffem (Ouroborous)... Momentami słychać mocno echa płyty Frances the Mute (końcówka Aberinkula), czasem płyty Amputechture (końcówka Goliath). Dzieje się tutaj mnóstwo i to jest zarówno największa zaleta płyta, jak i jej największa wada. Tak jakby twórcy chcieli jak najwięcej pomysłów zamieścić za jednym zamachem, co powoduje często lekki chaos dźwiękowy. To nie jest płyta na jedno przesłuchanie, trzeba ją zgłębiać powoli i wiele razy.

Na tym albumie debiutuje nowy perkusista grupy, Thomas Pridgen, młody chłopak, który już zdążył zdobyć wiele różnistych nagród. I słychać, że zasłużenie dostał te nagrody. Gość gra, jakby miał 10 rąk!! Momentami jest po prostu niesamowity!! To był naprawdę dobry wybór. Oczywiście czasami też gość przesadza (jak w Wax Simulacra, gdzie gra po prostu z prędkością światła, choć spokojnie mógłby trochę przystopować). Pewnie na koncertach daje nieźle czadu... Świetna płyta.

PS. To drugi album z tego roku poznany przeze mnie. Ciekawe ile ich będzie...

Yes - Relayer

28 stycznia 2008, 14:25:02
Dawno, dawno temu, w czasach, których nie pamiętają najstarsi górale, w Polsce istaniała taka fajna rzecz jak wypożyczalnia płyt kompaktowych. Za 10.000 zł (odpowiednik obecnej 1 złotówki) można było na jeden dzień pożyczyć do domu dowolna płytę CD dostępną w wypożyczalni. Oczywiście nikt wtedy nawet nie słyszał o nagrywarkach CD, więc przegrać muzykę można było wyłącznie na kasetę magnetofonową. Korzystałem osobiście z takiej wypożyczalni nagminnie, chodząc tam po lekcjach. Działo się to w latach 1992-1994. Potem wprowadzono ustawę o prawach autorskich i źródło muzyki wyschło. Ale co się człowiek napożyczał, to jego. Wtedy też zaczynałem swoją przygodę z muzyką, więc pożyczałem takie rzeczy jak Peter Gabriel, Dead Can Dance, Pink Floyd, King Crimson czy właśnie Yes. Ech, fajnie było...

Żeby było zabawniej, płyty Relayer akurat w tej wypożyczalni nie mieli. Poznałem ją więc dopiero w zeszłym roku, kiedy ponownie naszła mnie ochota na słuchanie staroci. No i dobrze zrobiłem, że ją poznałem, gdyż jest to dzieło doskonałe. Układ utworów przypomina świetną płytę Close to the Edge (3 kawałki, pierwszy zajmuje całą stronę płyty, dwa pozostałe na stronie B), proporcja jakości muzyki też jest podobna. Na stronie A mamy utwór The Gates of Delirium - niesamowicie czadowy, dynamiczny, pełen solówek gitarowych, klawiszowych (jest to jedyny album Yes na którym na klawiszach gra Patrick Moraz), pędzący do przodu, z fajną melodią... A przez ostatnie 4 minuty utwór zmienia się w cudowną balladę Soon, wydaną nawet na singlu, w której pasaże melotronowe pięknie przeplatają się z łkającą gitarą, której wtóruje fantastyczny głos wokalisty...

Pozostałe dwa kawałki to: mocno jazzrockowy Sound Chaser, który w środkowej części robi się lekko chaotyczny i nudnawy (gitara coś rzepoli bez innych instrumentów), natomiast końcowa ballada To Be Over jest dośc przyjemna, choć dziwnie się kończy i trwa trochę za długo. Ale ogólnie jest to naprawdę świetny album.

Obejrzane - Wierny ogrodnik

27 stycznia 2008, 14:12:01
Spodziewałem się czegoś innego - jakiejś ciekawej historii, momentami zabawnej, momentami wzruszającej... A dostałem ciężki film polityczny, o wyjątkowo wyświechtanej tematyce, bardzo przygnębiający, z bardzo dobrym aktorstwie, świetnymi zdjęciami i wyjątkowo powierzchownym potraktowaniu tematu. Średnio mi się podobało...

Powszechnie lubiani wykonawcy, dla Was nie do polubienia

25 stycznia 2008, 10:45:24
Była taka fajna zabawa na forum Porcupine Tree. Każdy ma jakieś swoje typy, wśród wykonawców uważanych przez ogół za fajne, dobre, wybitne, genialne, których z jakichś tam powodów nie znosi (nie lubi głosu wokalisty, nie podobają mu się kompozycje, teksty itp.). No i właśnie każdy wymieniał swoje typy, przez co było sporo śmiechu, przekomarzania się itp. Sam też się tam dopisałem, ale pozwolę sobie odświeżyć moje typy. Podaje tylko nazwy zespołów, bez wdawania się w szczegóły, bo i po co? W końcu to subiektywna lista - nie lubię ich, choć często szanuję ich wkład w światową/polską muzykę.

Oto oni:

The Beatles
Genesis
U2
Deep Purple
Smashing Pumpkins
Dream Theater
Wilki
Green Day
Iron Maiden
Led Zeppelin
Marillion
Marilyn Manson
Nirvana
Radiohead
The Rolling Stones
Oasis
Perfect

Ale ze mnie malkontent wyszedł. Nie lubię prawie całego mainstreamu ;-)

Robag Wruhme: The Lost Archive 1998-2007

18 stycznia 2008, 12:54:46
Nad całą tą płytą unosi się jedno wielkie słowo: NIBY. Niby jest to EPka, ale długie to to jak album (51 minut). Niby jest to solowy album Robaga Wruhme, ale mamy dwa utwory nagrane w duecie z Sörenem Bodner, czyli bratem z Wighnomy Brothers. Niby są to zaginione kawałki, ale parę utworów pojawiło się już wcześniej w paru miejscach: Spekk-Drum i Draw Halcyon Days na EPce Polytikk EP, Bakkenvesper na Remikks Potpourri II, Pelagia Nr. 2 na składance Mo's Ferry Prod. presents: 4on10. Dwa utwory (Pelagia Nr. 2 i Sputnikkschokk#2) to znowu inne wersje znanych wcześniej kawałków. A jeden utwór to w ogóle zespół Feindrahstar w remiksie Robaga Wruhme. Oj namieszał gość trochę.

A to jeszcze nic: niby niektóre kawałki są fajne, ale niektóre beznadziejne. Taki misz masz się zrobił. Z fajnych utworów można wymienić np. Bakkenvesper, drill'n'bassowy utwór rodem z płyt Aphex Twina czy Squarepushera, z fajnymi smyczkami i samplami z jakiejś imprezy; wspomniany juz remiks Feindrahstar, na początku hip-hopowy z rapem po niemiecku, ale potem robi się przyjemnie z solówką na klawiszach; Draw Halcyon Days również z fajnymi klawiszami, taki udziwniony house; końcowy monument (14 minut) w postaci utworu Cophra - ambient pełną gębą, z pogłosami, niezłymi motywami, mocno mroczny. A z drugiej strony mamy bezmyślne, hałaśliwe, rwane klik house'y w stylu Exklusiv, Spekk-Drum czy Pelagia Nr. 2. W sumie lepiej było z tego zrobić EPkę... Albo dwie.

Lindstrøm & Prins Thomas - Reinterpretations

17 stycznia 2008, 08:21:23
Oto rzadki przykład muzyki tanecznej z Norwegii. Panów Lindstrøma i Prins Thomasa poznałem przy okazji remiksów dokonanych przez nich dla takich wykonawców jak The Juan MacLean czy Justus Köhncke. Brzmiały one bardzo ciekawie – połączenie house’u z rockiem czy nawet muzyką klasyczną. Całość mocno zalatująca dokonaniami The DFA.

I oto w ubiegłym roku ukazała się składanka Reinterpretations, zawierająca utwory dostępne do tej pory jedynie na 4 winylowych singlach. Całość brzmi spójnie, wszystkie utwory oparte są na tym samym, opisanym powyżej schemacie, choć często-gęsto różnią się od siebie w sposób znaczący. Przykładowo: Turkish Delight, to właśnie taki typowo house’owy numer, z bębenkami, fajnymi motywami na klawiszach i wyrazistym basem, natomiast Vrang Og Vanskelig, to taki jakby mroczny, chilloutowy kawałek z gitarowymi pasażami. Boney M Down, to w ogóle piosenka mocno gitarowa, z gitarami akustycznymi i elektrycznymi. Oczywiście wszystko nadal mocno taneczne. Na szczególne wyróżnienie zasługuje utwór Nummer Fire En,, głównie ze względu na fakt, że trwa on 21 minut i nie jest zbyt nudny, wręcz przeciwnie, mocno wciąga hipnotyczną atmosferą. Mighty Girl, zachwyca świetnym motywem fortepianowym, a Nummer Fire To, jest niezłym kawałkiem kończącym płytę, osobiście mocno kojarzącym mi się z niektórymi dokonaniami U.N.K.L.E. Ogólnie rzecz biorąc – fajna płyta do zabawy i do słuchania, szczególnie gdy ktoś lubi remisy The DFA – ten sam klimat nagrań.

5 najpopularniejszych polskich seriali w 2007 roku

16 stycznia 2008, 21:33:59
Jako, że mój przegląd polskich seriali zobowiązuje, nie mogłem odmówić sobie przyjemności skomentowania pięciu najchętniej oglądanych seriali w Polsce w ubiegłym roku. Oto wyniki:

5. Na Wspólnej
Kiedyś bardzo słaby, obecnie będący jedną z najchętniej oglądanych pozycji stacji TVN. Zdecydowanie się rozwinął, no i wylansował parę gwiazd, np. Kubę Wesołowskiego...

4. Barwy szczęścia
Tutaj pierwsze zaskoczenie, bo serial dość krótko na antenie (od września 2007), a już zdobył sobie sporą widownię. Pewnie to zasługa wskoczenia w ten sam czas antenowy co M jak miłość... W każdym razie dobry serial, robi się coraz fajniejszy, mój (obecnie) zdecydowany faworyt.

3. Tylko miłość
Mdła historyjka niezdecydowanego, metroseksualnego faceta z wybitnie bladą Kożuchowską oraz wybitnie niestrawną Grabowską, podbił serca widzów, czyniąc z serialu największy hit Polsatu. Kto by pomyślał...

2. Złotopolscy
Tutaj największe zaskoczenie - myślałem, że już nikt tego nie ogląda, a tu proszę, taka wysoka pozycja. Myślę, że to fakt, iż jest to chyba jedyny tasiemiec, który jest na wesoło (Ranczo też takie było, pewnie dlatego odniosło sukces, skoro podobało się tak skrajnie różnym osobom jak mój ojciec i moja teściowa...).

1. M jak miłość
A tutaj całkowicie bez niespodzianek. Ciekawe, czy ktoś typował coś innego na miejsce 1?

Kaito - Special Love

14 stycznia 2008, 14:02:13
…bo stworzył niejako zremiksowaną wersję płyty Special Life, zawierającą wyłącznie bezbeatowe wersje utworów. Mamy tutaj wariacje na temat 6 utworów. Całość jest bardzo delikatna (za wyjątkiem utworu Air Rider, który moim zdaniem jest za długi i opatrzony niepotrzebnym riffem klawiszowym), choć słuchana w całości może nużyć (wymiękam lekko przy długim Everlasting, czy mocno zapętlonym Intension). Ale pojedyncze utwory sprawdzają się świetnie (np. Inside River wykorzystany na składance The Art Of Chill 4 – wpasował się idealnie). Szczególnie podobają mi się wariacje Inside River i Release Your Body (w dwóch odsłonach, zwłaszcza ta druga jest świetna). Miłe słuchanie na miły wieczór.

Kaito - Special Life

14 stycznia 2008, 13:59:12
Kiedy na przełomie roku wszyscy zaczęli publikować swoje listy najlepszych płyt 2007 roku, przez chwilę lekko się załamałem – nie znałem większości płyt!! Nawet o wielu wykonawcach w ogóle nie słyszałem… Ale przez ostatnie dwa tygodnie starałem się nadrobić zaległości. I, po przesłuchaniu paru rzeczy, które w ogóle mnie nie zainteresowały (m.in. Islaja, Alcest, Ulver, Dillinger Escape Plan), doszedłem do wniosku, że nie należy oglądać się na innych, lecz zostać przy swoim poletku – czyli głównie muzyce elektronicznej. Tak oto doszedłem do płyty Kaito…

Kaito to Hiroshi Watanabe, japoński muzyk, syn kompozytora i pianistki jazzowej. Wpływ tej ostatniej jest zdecydowanie odczuwalny na płycie. Otóż Kaito gra house opatrzony miłymi zapętleniami oraz lekko jazzowymi klawiszami. Tak, tak, przez większość utworów mamy łagodne klawisze, które zdecydowanie brzmią jak improwizacja (ale nie są to solówki, raczej takie małe wariacje na temat). Oczywiście na wszystkim króluje beat 4/4, ale właśnie doskonały dobór brzmienia klawiszy najbardziej zachwyca. Spokojnie można go postawić obok takich wykonawców jak Michael Mayer, czy Selway, jednakże Kaito jest bardziej przystępny i subtelny. Co krok zachwyca, a to podniosłym motywem orkiestrowym (Release Your Body), a to sentymentalnym nastrojem utworu (Everlasting, Scene), czy delikatnym minimalizmem (Respect to the Distance). Zdarzają się też mocniejsze fragmenty jak Air Rider czy Breaking the Star, ale ogólnie całość jest łagodna, przyjemna i mocno taneczna.

Na końcu płyty znajduje się utwór Awakening w wersji bezbeatowej. Czyli takie same klawisze, co we wszystkich kawałkach, ale bez basu i perkusji. Naprawdę cudny kawałek. Chyba Kaito też się spodobał, bo…
Wcześniejsze wpisy      Nowsze wpisy