The Orb - Vuja De

27 lutego 2008, 20:54:22
(Liquid Sound Design, 2008)

Chyba nadchodzą nowe czasy dla singli. Otóż na przykładzie tego singla, oraz na przykładzie singla Underworldu Beautiful Burnout, można stwierdzić, że single na płytach CD przechodzą do lamusa. BB ukazał się wyłącznie w trzech formach: jako 2 winyle, jako mp3 do zakupienia (czyli wersja cyfrowa) oraz jako promocyjny CD-R (czyli dostępny tylko dla DJ-ów, radiowców, dziennikarzy itp.). Zwykły człowiek, jeżeli chce mieć singiel na płycie CD musi polować na aukcję z promówką, albo wypalić sobie samemu CD-Ra. Takie czasy nam nastały. Nie inaczej będzie z tym singlem, z najnowszej płyty, The Dream (którą to już miałem okazję zjechać).

Ale tym razem chciałem się pochwalić. Dzięki mojego nieocenionemu koledze (z zawodu DJ) stałem się posiadaczem tej najtrudniejszej do zdobycia formy singla, czyli promówki na CD-Rze (zdjęcie obok). Dzięki temu na płycie CD mam wszystkie wersje utworu tytułowego. A to oznacza, oprócz wersji płytowej oraz radiowej, 5 remiksów. Niestety powtarza się to, co pisałem przy okazji singla Boy, Boy, Boy Underworldu - remiksy są słabe (z jednym wyjątkiem). Remiksują Anglicy i robią to bez polotu. Mamy albo kolegów Youtha z wytwórni Dragonfly (swoją drogą wszyscy wykonawcy nagrywający dla tej wytwórni brzmią tak samo - pożyczają sobie wzajemnie syntezatory i samplery, czy jak?) w postaci Gaudi'ego (akurat sympatyczny, motoryczny miks, o lekkim zabarwieniu hip-hopowym, z dubowym basem), Subsonara (mroczny progressive house) czy Paathan (jakiś taki "wesoły" house). Jest też remiks, który jakby urwał się prosto z Love Parade (The Infadels), z okropnym, przesterowanym motywem powtarzanym do znudzenia... Na szczęście końcówka płyty to cud-miód na moje uszy - remiks Living City. Minimalistyczny, mroczny, electro-dubowy, momentami przypominający dokonania Ricardo Villalobosa, w każdym razie brzmi jakby prosto z Niemiec. Dla tego kawałka warto mieć tę płytę - no, może jeszcze warto dlatego, że to pewien rarytas. Szkoda tylko, że nie ma nawet okładki...

Przeczytane - Andrzej Pilipiuk: Zagadka Kuby Rozpruwacza

26 lutego 2008, 12:52:22
Czwarty tom przygód jakuba Wędrowycza. Zdecydowane rozczarowanie. Opowiadania są albo makabryczne (tytułowe, Rosyjska Ruletka), albo mało śmieszne, albo robią wrażenie urwanych (np. Wycieczka) i niedokończonych. Szkoda, chyba formuła się wyczerpała. Moim faworytem jest jak dotąd opowiadanie Czarownik Iwanow, tytułowe z drugiego tomu. Było ono właściwie Pilipiukowe - wesołe, mroczne, z nieoczekiwanymi zwrotami akcji... Po prostu fajne. A tutaj...

808 State - Thermo Kings

25 lutego 2008, 09:57:33
(Warner Music Japan, 1996)

Thermo Kings to niejako dodatek do płyty Don Solaris, wydany początkowo wyłacznie w Japonii, ale po dwóch latach ukazał się także w Stanach Zjednoczonych, w niezmienionej formie. Na krążku znajdziemy przede wszystkim utwory znane już z singli Azura i Lopez, oraz kilka niepublikowanych nigdzie kawałków (Paradan, Spanish Marching i Pump). Słucha się tego nieźle, choć od razu słychać, czemu utwory niepublikowane nie znalazły się na głównej płycie. Pump, z gościnnym udziałem rapera MC Tunes, jest bardzo hip-hopowy i mało przypomina styl 808 State, Paradan robi wrażenie jakiejś wprawki, wersji demo, ma mocno chaotyczną melodię i połamany rytm, Spanish Marching nie wyróżnia się niczym i szybko się o nim zapomina. Lepiej wypada utwór Goa, z fajną melodią i rytmem, choć trochę krótki. Remiksy to też nic szczególnego, wyjątkiem są bardzo dobre remiksy utworu Lopez w wykonaniu Briana Eno (wyszedł mu przepiękny chillout) oraz Propellerheads (doskonały breakbeat, bardzo czadowy). Drum'n'bassowy miks Azura w wykonaniu Dillinja jest bardzo stereotypowy. Mamy tutaj jeszcze 3 remiksy samego 808 State, które po prostu wałkują motywy znane z pierwotnych wersji utworów. Całość robi sympatyczne wrażenie, ale jakby się nie ukazało, to świat by się nie zawalił (choć pewnie dla zatwardziałych fanów 808 State byłaby to tragedia).

808 State - Don Solaris

24 lutego 2008, 16:56:33
(ZTT, 1996)

808 State to zespół trochę kontrowersyjny. Zaczynali od acid house'u, potem przerabiali jakąś własną wersję rave'u, aby następnie przejść od electro-popu do drum'n'bassu. W każdym razie na pewno byli jednymi z pierwszych, którzy wprowadzili elektronikę na salony. Płyta Don Solaris to ich przedostatnie dokonanie (ostatniej, Outpost Transmission z 2002 roku, nie znam), mocno naznaczone wzmiankowanym drum'n'bassem, choć nie są to nagrania typowo drum'n'bassowe. Co prawda w utworach typu Azura czy Mooz mamy te charakterystyczne rytmy, ale w warstwie melodyjnej nadal jest to charakterystyczne granie 808 State'owe. Całość jest trochę bardziej mroczna niż poprzednie dokonania grupy, zwłaszcza na początku (Bond), ale potem się wypogadza wprowadzając przyjemną, momentami nawet wesołą atmosferę (Joyrider). Znajdziemy tutaj melodie zagrane na różnych instrumentach - na saksofonie (Joyrider), gitarze (Banacheq) czy też na syntezatorze (mocno Orbitalo-podobna melodyjka w Balboa). Są też echa dubu (Black Dartangnon), ciekawy rytm 5/4 (Lopez) czy też syntetyczne ptaszki (Bird). Niektóre utwory urozmaicają także gościnni wokaliści, tacy jak James Dean Bradfield z Manic Street Preachers w Lopez, Louise Rhodes z Lamb w Azura czy Michael Doughty z Soul Coughing w Bond. Płyta jest pogodna, bardzo wiosenna i słucha się jej z przyjemnością. Polecam, zwłaszcza tym nie przekonanym do elektroniki.

Przeczytane - Andrzej Pilipiuk: Weźmisz czarno kure...

23 lutego 2008, 23:19:04
Moje kolejne spotkanie z Jakubem Wędrowyczem (mam już za sobą dwa pierwsze tomy opowiadań, ten jest trzeci, czwarty już leży na biurku w kolejce, a piąty muszę dopiero zdobyć). Fajne pisadło, czyta się to bardzo przyjemnie, ale... To już kolejna książka Pilipiuka jaką czytam i zaczynam widzieć to, co niektórzy mu zarzucają - Pilipiuk pisze w kółko to samo. Owszem, czyta się to świetnie, pomysłów mu nie brakuje, ale zaczynam czuć jakiś przesyt. Znowu Wędrowycz walczy z jakimiś potworami, chleje wódę, walczy z milicją... Na dłuższą metę robi się to lekko nudne... Pilipiuk ma swój własny sposób pisania, dość charakterystyczny, ale porównując trylogię Kuzynek i Wędrowycza od razu widać, że to ten sam autor. Za mało jest różnic między tymi książkami... Ale i tak będę go czytał dalej ;-) Muszę tylko robić sobie większe przerwy między kolejnymi tomami jego dzieł.

Podziękowania

22 lutego 2008, 09:41:17
Chciałem podziękować osobie podpisanej jako Zbigniew Nowak, która zgłosiła mój blog to katalogu www.blogbox.com.pl. Dzięki wielkie!!

Przeczytane - Niech żyje Polska, Hura! tom 2

21 lutego 2008, 19:08:17
Jest to zbiór opowiadań fantastycznych, których cechą łączną jest to, że akcja chociaż częściowo dzieje się w Polsce. Niestety, jak to często bywa w przypadku składanek, bardzo nierówny to zbiór. Mamy tutaj uznane nazwiska (Piekara, Pilipiuk, Wiśniewski, Kułakowska), ale większość z nich nie wychodzi ponad swój normalny poziom, a czasami jest nawet dużo poniżej (Pilipiuk). W dodatku większość opowiadań nagle kończy się w momencie, kiedy zaczyna się dziać coś ciekawego (np. Jak ja was [...] nienawidzę czy Poganiacz Osłów). Na szczęście jest też parę perełek. Takich jak absolutnie genialny Centuriańskie bomby o podłym ataku Kosmitów na Ziemię, czy naprawdę świetny Prawa Ręka Marzenia, mocno czerpiąca ze śmietnika współczesnej pop-kultury. Duże wrażenie zrobiło na mnie też opowiadanie Cudowny wynalazek pana Bella - proste, a bardzo sugestywne, o telefonie łączącym dwie osoby z różnych epok. Szkoda, że znalazły się tutaj też opowiadania przez które ledwo przebrnąłem (Goście z pokoju obok, Utulić zło, Shamballah). Niestety, z całym szacunkiem, ale utwierdziły mnie one w przekonaniu, że kobiety nie powinny pisać fantastyki - nie przekonuje mnie ich twórczość zupełnie. W sumie, w porównaniu z doskonałym Tempus Fugit, słaba składanka.

Humanoid - Stakker Humanoid

20 lutego 2008, 09:43:10
(Westside Records, 1988)

Opowiastka 1: Czyli początki acid house'u

W dawnych, zamierzchłych czasach, a dokładniej to 20 lat temu, 1988 roku, dwóch panów występujących pod szyldem Stakker zaprosiło do współpracy niejakiego Briana Dougansa (który później zasłynął jako połowa duetu The Future Sound of London). Chodziło im o stworzenie muzyki do ich projektu wideo (pod nazwą Eurotechno). Muzyka do projektu powstała (choć ukazała się dopiero parę lat temu), ale przy okazji panowie stworzyli utwór, który stał absolutną klasyką i pierwowzorem dla miliona naśladowców. Chodzi właśnie o Stakker Humanoid. Kawałek opierał się na brzmieniach syntezatora Roland TB-303 (tak, tak, tego od kwasu - ang. acid) i samplował odgłosy z gry Berzerk (ten charakterystyczny głosik mówiący "cośtam Humanoid"). Jak na grę z 1980 roku na Atari 2600 to niezła synteza głosu... No i tak powstał ten utwór, który pewnie wiele osób słyszało, i który między innymi rozpoczął kulturę acid house'u i techno w ogóle. Niestety panowie twórcy w międzyczasie się pokłocili - pierwotnie utwór nazywał się Humanoid i pod tym tytułem pojawił się na płycie Global z 1989, ale duet Stakker dodał swój nick do tytułu - nie spodobało się to Dougansowi, który odszedł z kapeli i zajął się innymi sprawami muzycznymi... Ale utwór pozostał i, o dziwo prawie w ogóle się nie zestarzał - wciąż brzmi bardzo dobrze, nóżka sama podryguje, a głowa się kiwa...

Opowiastka 2: Czyli moje pierwsze spotkanie z Humanoidem

Jak na muzykę elektroniczną i jej dostępność w Polsce z utworem tym zesknąłem się zaskakująco wcześnie, gdyż w okolicach 1988 czy 1989 roku. Otóż byłem wtedy szczęśliwym posiadaczem komputera Commodore 64. W tamtych czasach fascynowałem się tzw. "demami" - czyli prezentacją umiejętności programistycznych/graficznych/muzycznych różnych twórców. Taka nieinteraktywna (choć czasami były wyjątki) prezentacja, gdzie na tle fajnej muzyczki pojawiają się obrazki, animacje, teksty itp. Wtajemniczeni wiedzą o co chodzi. W każdym razie raz trafiłem na dziwne demko. Było ono bardzo duże - zajmowało prawie całą pamięć komputera, a obejrzeć można było w nim tylko planszę z mrugającymi smiley'ami i usłyszeć... no właśnie, to co było słychać, było absolutną rewelacją. Otóż autorom udało się wpakować w 64 kB cały utwór Stakker Humanoid (co prawda w wersji radiowej, czyli 3 minuty 40 sekund) w wersji identycznej z oryginałem. Porównując do współczesnych standardów - z głośników tego małego komputerka słychać było utwór w formacie MP3, zakodowany w 64 (sic!) kbpsach. Naprawdę była to porównywalna jakość. To było osiągnięcie techniczne, które potrafię docenić dopiero teraz. Ale muzykę doceniłem już wtedy...

Opowiastka 3: Czyli o samym singlu

Na singlu Stakker Humanoid znajdziemy 3 wersje utworu - podstawową, 5-minutową, jej skróconą, radiową wersję oraz The Omen Mix - prawie 8 minut, podobny do oryginału, ale bardziej urozmaicony, przede wszystkim samplami z jakichś filmów, dodana została też inna melodyjka, w sumie bardzo fajny miksik. Całość słucha się bardzo fajnie, choć jak za długo się posłucha to można się zmęczyć. Polecam też remiks Plump DJ's z 2001 roku - brzmi tak, jak by brzmiał ten kawałek, gdyby nagrano go w tym stuleciu... Zresztą parę lat temu wyszła płyta Your Body Robotic - dwa kompakty zawierające prawie same remiksy Stakker Humanoid. Niesytety nie słyszałem. Może być albo ciekawa, albo nudnawa. Ale charakterystyczny motyw Humanoida pozostanie klasykiem na zawsze.

W prezencie teledysk z YouTube'a:

Helmet - Born Annoying

14 lutego 2008, 12:59:09
(Amphetamine Reptile, 1995)

Kiedy płyty Meantime i Betty odniosły sukces, poprzedni wydawca Helmetu, czyli Amphetamine Reptile Records postanowił troszkę uszknąć z sukcesu grupy (choć nadal wydawał ich płyty na winylach), pogrzebał w archiwach i wypuścił tą składankę. Zawiera ona utwory z lat 1989-1993 i większość z nich ukazała się już wcześniej na singlach winylowych. Dorzucono tu parę utworów ze składanek i wyszło właśnie takie coś. Płyta trwa 36 minut, mamy tutaj dziesięć utworów (w tym dwie wersje tego samego kawałka), prawie wszystkie są raczej mocno noise'owe (jak na wytwórnię noise'ową przystało). I, co w moim przypadku jest nieco dziwne, bardzo lubię tą płytę. Dziwne, bo oprócz Helmetu, nie podchodzą mi kapele grające ten rodzaj rocka...

Zaczyna się mocno od bardzo fajnego riffu, granego w innym metrum niż sekcja. To tytułowy utwór. Wyjątkowy ze względu na to, że był to pierwszy singiel Helmetu w ogóle oraz na to, że trwa on ponad 6 minut, co już prawie w ogóle Helmetowi się nie zdarzało. Mamy tutaj zmiany rytmu, ścianę gitar i nawet trochę melodii. Podobny w konstrukcji jest inny długi utwór, Shirley MacLaine, który dodatkowo jest jeszcze dość melodyjny (i nie ma takiego fajnego riffu). Born Annoying pojawia się pod koniec płyty także w nowszej wersji z singla z 1993 roku. Lepiej wyprodukowany, lepiej zagrany i trochę krótszy (tylko 5 minut). Poza tym znajdziemy tutaj strony B singli, wydanych przy okazji płyty Meantime (Your Head i No Nicky No - przypominające dość zawartość tamtej płyty, choć krótsze i dużo słabsze), genialny cover utworu Primitive zespołu Killing Joke (ten basik!!), słaby cover Melvinsów (Oven), krótki, chaotyczny Taken, instrumentalny Rumble oraz nijaki, mocno hałaśliwy kawałek Geisha to Go. W sumie niezła składanka - w sam raz dla fanów pierwszej płyty Helmetu.

Beck - Odelay (deluxe edition)

13 lutego 2008, 12:24:59
(Geffen, 2008)

Reedycja płyty wydana parę tygodni temu. Trochę dziwny moment na wydawanie wersji deluxe - oryginalnie Odelay ukazała się w 1996 roku, więc minęło 12 lat. Ani to okrągła rocznica, ani jakiś szczególny moment... No, ale tak sobie wytwórnia wymyśliła, a my możemy się cieszyć tym dwupłytowym wydaniem.

Na pierwszej płycie znajdziemy cały album + 4 dodatkowe utwory. Płyta zapewne jest znana wielu osobom, był to w końcu wielki sukces komercyjny Becka. Znajdziemy tutaj takie hity jak The New Pollution (znanym głównie z gorąco dyskutowanego teledysku) czy Devil's Haircut. Beck już na pierwszej płycie wymyślił sobie własny styl: mieszankę rocka, popu, country, folku, hip-hopu, elektroniki i czegoś tam jeszcze, ozdobioną jego lekko zachrypniętym, charakterystycznie wyluzowanym głosem. Tutaj tylko doszlifował swoją muzykę - produkcja jest lepsza, kompozycje bardziej urozmaicone, ciekawsze sample... W każdym razie słucha się tego bardzo przyjemnie, melodie wpadają w ucho, a odkrywanie smaczków samplowych (jak chóralne zaśpiewy Ooh La La pod koniec High 5 (rock the catskills), znane z przeboju The Wiseguys) powoduje miłe ciepło koło serca... Polecam tą płytę każdemu, kto lubi sympatyczne granie.

A wracając do bonusów - na pierwszej płycie mamy jeden wygłup (hidden track), jeden utwór z filmu A Life less Ordinary (bardzo fajny Deadweight) i dwa kawałki nigdzie wcześniej nie publikowane - długie i w tej samej stylistyce co płyta (choć Inferno jest mocno elektroniczne). Natomiast druga płyta zbiera różne remiksy/strony B z singli wydanych w celu promocji Odelay. I za jeden kawałek, otwierający bonusową płytę, należą się bardzo duże brawa wydawcy. Otóż jest nim utwór Where It's At w remiksie UNKLE - dostępny do tej pory jedynie na angielskim winylu singla. Kawałek jest długi (ponad 12 minut), mocno perkusyjny i ogólnie mroczny i czadowy. Miodzio totalne! Dalej mamy już rzeczy bardziej znane: Devil's Haircut w remiksie Aphex Twina (czyli Richard's Hairpiece), remiksy Jack-Ass (smyczkowy Strange Invitation i zabawny, stylizowany na meksykańskie granie Burro), eksperymenty elektroniczne (mroczny, oparty na zagranym wstecz loopie .000.000 i chaotyczny Electric Music and the Summer People), typowe Beckowe ballady (Lemonade, Erase the Sun, SA-5, Brother, Feather in Your Cap) i parę innych. W sumie fajny dodatek do płyty, choć kilka utworów tutaj brakuje (np. Make Out City, Lloyd Price Express, Diskobox, Dark and Lovely czy Groovy Sunday). Szkoda, bo na upartego by się zmieściły...
Wcześniejsze wpisy      Nowsze wpisy