Klaus Schulze & Lisa Gerrard - Farscape
(SPV, 2008)
Najpierw nabyłem nowy Teraz Rock. A na jego ostatniej stronie znalazłem reklamę płyty z przepiękną okładką. Pomyślałem - o kurczę, to musi być coś. W środku była pochlebna recenzja, więc musiałem koniecznie posłuchać tej płyty. No i bardzo się rozczarowałem.
Oczywiście nie chodzi o Lisę, bo ona poniżej pewnego poziomu nie schodzi. Połączenie dźwięków tworzonych przez Schulze i jej głosu daje naprawdę dobry efekt. Problemem jest to, że płyta trwa 2 i pół godziny, zawiera jedynie 7 utworów i... wszystkie są stworzone według tego samego schematu. Ja rozumiem, że Schulze ma taki styl, ale jednak jest straszliwie nudne. Ziewać zacząłem już przy pierwszym kawałku (który trwa 22 minuty), a przy drugim (30 minutowym) już smacznie spałem. Cały czas plamy dźwiękowe, czasami dyskretny automat perkusyjny, czasami jakaś figura syntezatorowa... A wszystko rozciągnięte tak w czasie, że coś okropnego. Jakby Schulze poskracał kawałki do 1/3 ich długości, to byłoby lepiej. W obecnej postaci płyta usypia bardzo szybko. Szkoda.
Najpierw nabyłem nowy Teraz Rock. A na jego ostatniej stronie znalazłem reklamę płyty z przepiękną okładką. Pomyślałem - o kurczę, to musi być coś. W środku była pochlebna recenzja, więc musiałem koniecznie posłuchać tej płyty. No i bardzo się rozczarowałem.Oczywiście nie chodzi o Lisę, bo ona poniżej pewnego poziomu nie schodzi. Połączenie dźwięków tworzonych przez Schulze i jej głosu daje naprawdę dobry efekt. Problemem jest to, że płyta trwa 2 i pół godziny, zawiera jedynie 7 utworów i... wszystkie są stworzone według tego samego schematu. Ja rozumiem, że Schulze ma taki styl, ale jednak jest straszliwie nudne. Ziewać zacząłem już przy pierwszym kawałku (który trwa 22 minuty), a przy drugim (30 minutowym) już smacznie spałem. Cały czas plamy dźwiękowe, czasami dyskretny automat perkusyjny, czasami jakaś figura syntezatorowa... A wszystko rozciągnięte tak w czasie, że coś okropnego. Jakby Schulze poskracał kawałki do 1/3 ich długości, to byłoby lepiej. W obecnej postaci płyta usypia bardzo szybko. Szkoda.

10 lipca 2008 o 19:39:44
Przesłuchałem i nie usnąłem, może trochę już jestem do ambientu przyzwyczajony i takie nocne granie mnie nie usypia. Przywykłem do troszkę innego brzmienia ambientu, więc mnie tu nudzi raczej zupełny brak fajerwerków. Niby kulturalnej muzyki słucham, a mało mi było jakiegoś solidnego basowego rytmu w wykonaniu analogowego syntezatora... No i pani Lisa mi ciut nie pasuje do tego rodzaju utworów. A może po prostu takich wschodnich gam nie lubię? Klaus Schulze współtworzył już różne piekielnie długie utwory, od których nie mogłem się oderwać, czego przykładem choćby dziewiąta płyta z serii "Dark Side of the Moog". W sumie - nie rozczarowałem się, ale też i nie taki album mi się marzył.