Jaszczurka

06 czerwca 2006, 10:24:45
Rycerz podszedł do tronu, ukłonił się i powiedział donośnym głosem:
- Królu, zadośćuczyniłem Twej woli i, stoczywszy ciężką walkę, zabiłem smoka!!
Król ziewnął, spojrzał od niechcenia na rycerza i burknął:
- No to co?
Rycerz poczuł się trochę zbity z tropu, ale odważnie rzekł:
- Sam ogłosiłeś, że kto zabije smoka, ten otrzyma w nagrodę Twoją córkę za żonę i pół królestwa w posagu!!
Król leniwie wiercił się na tronie.
- Owszem, może i obiecałem, ale i tak nic nie dostaniesz.
Rycerz wybałuszył oczy.
- Że co, proszę? - wykrzyknął i dech mu zaparło. Po chwili ocknął się ze zdumienia - Przecież tu chodzi o królewnę i pół królestwa.
- Eee, tam - odpowiedział król i zaczął obgryzać paznokcie - To tylko parę hektarów i krostopaty podlotek.
- Podlotek? - zawołał wściekły rycerz.
- A no. Szczaw zwykły, a poza tym brzydka jak noc.
- Brzydka? - rycerz unosił się coraz wyżej.
- Straszliwie - król zaczął zdejmować buty i mocował się właśnie ze skarpetkami - Tak brzydka, żebyś się sam jej przestraszył. Po co ci ona - zzuł w końcu skarpetki i usiłował dostać stopami do ust.
- No, dobra - zmiękł rycerz - Ale pół królestwa...
- Pod hipoteką - król, cały czerwony na twarzy, zaprzestał gimnastycznych ćwiczeń - A poza tym ciągle najeżdżane przez dzikie, barbarzyńskie hordy.
Rycerz był skonsternowany.
- Więc co dostanę za zabicie smoka?
Król właśnie usiłował sekatorem obciąć sobie niezwykle krzywy, pomalowany czerwonym lakierem paznokieć na dużym palcu u nogi - Po pierwsze: nie zaczyna się od "więc", tylko od "no więc". Po drugie: sam przyznasz, że ten smok wcale nie był taki duży i niebezpieczny.
- No, jakby na to spojrzeć z tej strony, to to był bardzo mały smok, w sumie nawet jaszczurka - zadumał się na chwilę rycerz, ale zaraz się zreflektował - Zaraz, przecież Ty, królu, sam wyznaczyłeś za niego nagrodę.
- Owszem - przyznał król odkładając na chwilę dłuto - Ale uczyniłem to tylko ze względu na tradycję. No i konkurencję innych króli, którzy śmialiby się ze mnie.
Rycerz zmarkotniał.
- W takim razie nic nie dostanę? Trud mój był daremny?
- Właśnie - odparł niewyraźnie król, gryząc żyłkę wędkarską, przywiązaną do paznokcia.
Rycerz westchnął ze smutkiem.
- A ja odbyłem tak kosztowną podróż. Musiałem sprzedać ostatnią szlafmycę, aby się tu dostać. Nawet moją kolekcję sandałów dałem pod zastaw, a tu takie rozczarowanie. Nic tylko skoczyć w paszczę jakiejś stokrotki*. Eeeech - wzdychając wyszedł ciągnąc za sobą po ziemi miecz.
Król włączył młot pneumatyczny.

* - wyuzdana białogłowa

Kraków, 1994 rok

Zawieszone w próżni

23 maja 2006, 09:47:23
   Poeta napisał wiersz. Piękny wiersz o lesie. Opisał w nim drzewa, krzewy, liście, kwiaty. Wysłał wiersz do czasopisma. Redakcja opublikowała wiersz dość szybko. Poeta ucieszył się, przyjaciele mu gratulowali. Nieoczekiwanie wiersz bardzo spodobał się krytykom. Chwalili formę, piękno opisu, a szczególnie głębię wiersza. Jednakże żaden z krytyków nie potrafił jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, o czym mówi ta głębia.
   Dyskutowano o tym na wielu zebraniach, pisano prace magisterskie, rozporawiano na rozprawach, w końcu krytycy podzielili się na dwa obozy. Pierwszy obóz obstawał za stwierdzeniem, że drzewa oznaczają ludzi, krzewy - zwierzęta, a liście i kwiaty - otaczającą nas przyrodę. Drugi obóz twierdził, że nie jest to takie proste, że istota wiersza sięga głębiej, że drzewa to rzeczy poznawane za pomocą zmysłów, natomiast reszta to rzeczy nadrealne. I znów dyskutowane o tym w dyskusjach, rozmawiano w rozmowach i ważono swe zdania na walnych zebraniach.
   Tymczasem Poeta odnosił wielkie sukcesy. Postawiono mu pomnik, napisano o nim biografię, aż w końcu otrzymał Wielką Nagrodę. Urządzono konferencję prasową, na której krytycy w końcu postanowili zażegnać swój spór i spytać Poetę co chciał zawrzeć w swoim wierszu. Poeta poczerwieniał, pomilczał chwilę i cicho powiedział:
   - Chciałem tylko opisać las...

Kraków, 1994 rok.

Mrówka

19 maja 2006, 09:47:33
   Po ręce szła mu mrówka. Czuł ją, ale nie chciało mu się zareagować. Nie miał ostatnio zbyt dużo czasu na takie wypady za miasto, więc chciał wykorzystać wolny czas w stu procentach. Leżał na trawie, czując, jak słońce mocno przygrzewa. Ale po ręce szła mu mrówka.
   W końcu zdenerwowało go to. Nie jest przecież Guliwerem, aby jakiś obcy osobnik wędrował bez zezwolenia po jego ciele. Podniósł się i spojrzał na rękę. Zamarł. To była czerwona mrówka. „One gryzą!” - przemknęło mu przez głowę. Szybko strząsnął mrówkę na ziemię i poderwał się na nogi, otrzepując się, jak gdyby obawiał się, że te małe owady mogłyby wniknąć w zakamarki jego ubrania. Kilku szybkich biegaczy o lilipucim wzroście wybiegło wystraszonych zza załomu nogawek jego krótkich spodenek, jakby zdziwionych tym nagłym napadem na ich możliwość przechadzania się. Ze złością wyszedł, prowadząc rower, na pobliską asfaltową dróżkę. Mrówki chodziły w poprzek drogi, wzdłuż, z góry na dół, z lewa na prawo, obarczone liśćmi, nasionami, śmieciami lub też bez ładunku. Nie podobało mu się to. Upatrzył sobie jedną, nadepnął ją szybko butem i mocno pokręcił stopą w lewo i w prawo. Kiedy podniósł nogę, już nie żyła. Z nieukrywaną satysfakcją nadepnął na następną, i kolejną, i jeszcze jedną. Kiedy skończył, wsiadł na rower i z zadowoleniem popedałował dalej.
   Na dróżce leżało kilkadziesiąt martwych mrówek. Mrówek.

   Zauważył ją już rano, w czasie mycia zębów. Mała, czerwona plamka na przedramieniu. „Przeklęty owad” - pomyślał - „Dobrze, że dostał nauczkę”. Potem poszedł po gazetę. Wracając do domu ze znudzeniem przeglądał polityczne nowinki, któe jak zwykle zajmowały większą część tego czytadła. Jednak jedna wiadomość zatrzymała jego wzrok, pędzący w kierunku rubryk sportowych. Już sam jej tytuł spowodował, że pociemniało mu w oczach, osunął się na ziemię i przestał interesować się światem zewnętrznym, leżąc zemdlony w poprzek chodnika i nie odpowiadając ani na pytania przechodniów, nie słysząc wycia syreny karetki, ani gwary gapiów zgromadzonych dookoła niego.
   A gazeta z tajemniczym artykułem leżała obok. Na środku otwartej strony widniały duże, czarne litery: „Tajemnicza śmierć kilkudziesięciu osób”. Poniżej znajdował się krótki opis, próbujący wyjaśnić coś, nie wyjaśniający jednak niczego: „W lasku... znaleziony... osoby... nie powiązane... u każdej... w mieszkaniu... jedna martwa mrówka”. Mrówka.

Kraków, 1994 rok.